Fabryka medialnych oskarżeń – jak robi się z człowieka „przestępcę”. Tak działa „Ekspert od mowy nienawiści” nienawidząc i niszcząc ludzi!
Konrad Andrzej Dulkowski, bo to o nim będzie ten artykuł, nie zatrzymał się na etykietowaniu, on zbudował wokół mnie, redaktora Jacka Porosa całą machinę niszczenia człowieka – krok po kroku, latami, z pełną świadomością, że po drugiej stronie nie stoi „profil z Facebooka”, ale konkretny człowiek z imieniem, nazwiskiem, rodziną, pracą i psychiką, którą chciał złamać, z osobowością którą chciał zniszczyć.
W świecie, w którym słowa „faszysta”, „antysemita” czy „rasista” natychmiast wywołują społeczną nienawiść, wystarczy kilka przemyślanych ruchów, żeby z każdego zrobić symbol zła. Dulkowski nie szuka prawdy – szuka zemsty, którą da się wpasować w jego czarno‑biały, medialnie nośny obraz. Szuka rewanżu za publikacje o nim i jego byłym szwagrze przestępcy – Rafale Piotrze Gaweł z którym przez wiele lat prowadził stowarzyszenia, fundacje i związane z tym interesy. Z którym to ma postawione ciężkie zarzuty przez białostocką prokuraturę okręgową, lecz z niewiadomych przyczyn śledztwo zostało wiele lat temu zawieszone.
Mechanizm wyglądał prosto, ale był śmiertelnie skuteczny: przygotowane wcześniej zawiadomienia na „lewy” profil z Facebooka, szablonowe narracje, gotowe konstrukcje zarzutów – jedyne, czego brakowało, to podpis i nazwisko „świadka”, podpis „pokrzywdzonego”, który „potwierdzi” wersję prezesa OMZRiK. Zamiast rzetelnego badania faktów pojawiło się namawianie pracownika (Ukrainka Natalia L.) do firmowania cudzych treści własnym podpisem, nawet gdy miały one charakter oczywistej nieprawdy.
- Zawiadomienie Dulkowski 1
- Zawiadomienie Dulkowski 2
- Zawiadomienie Dulkowski 3
- Zawiadomienie Natalia 1
- Zawiadomienie Natalia 2
- Zawiadomienie Natalia 3
Prawo przewiduje takie zachowania – nazywa je fałszywym oskarżeniem (art. 234 KK) i tworzeniem fałszywych dowodów (art. 235 KK).
Artykuły z Kodeksu Karnego są właśnie po to, by bronić zwykłego człowieka przed sytuacją, w której „autorytet”, prezes OMZRiK z zapleczem medialnym postanowi zamienić go w oskarżonego z teczką w prokuraturze i tarczę do rzucania obelgami na swoim fanpage OMZRIK. Ale czy prawo zadziałało? Czy prokuratura wybroniła obywatela przed machiną oszczerstw?
W mojej sprawie w Łomży mechanizm ten zadziałał odwrotnie: pod osłoną haseł o „walce z nienawiścią” uruchomiono całą państwową machinę – śledztwo, akt oskarżenia, psychiatryzacja – bazując na materiale dowodowym tak słabym i spreparowanym przez Dulkowskiego oraz pracowników OMZRiK (Natalię L.), że po prawie tysiącu dniach zakończyło się całkowitym oczyszczeniem mnie z zarzutów. Śledztwo umorzono z braku dowodów – tych samych, które Dulkowski firmował jako „ekspert od mowy nienawiści”.
Ten finał – umorzenie po prawie tysiącu dniach męki – mówi więcej o jakości „dowodów” Dulkowskiego niż tysiąc konferencji prasowych. To sąd i prokurator, a nie OMZRiK, ostatecznie ocenili, że przedłożona narracja nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Skutek: kompletna klęska konstrukcji oskarżeń, które miały mnie złamać, a za razem podbić medialną wiarygodność ich autora i pokazać, że państwo ślepo wspiera „autorytety” kosztem prawdy.
I właśnie tutaj dochodzimy do sedna: całe oskarżenie oparto na fałszywym profilu założonym na moje nazwisko – „Jacek Porosa”
– o czym od samego początku informowałem prokuraturę. Od pierwszych dni wskazywałem, że to nie jest mój profil, że ktoś podszył się pod moje dane, i wprost prosiłem o zabezpieczenie i zbadanie mojego komputera, który sam chciałem dostarczyć do prokuratury jako dowód niewinności. Ten kluczowy dowód… po prostu odrzucono, nie przyjęto go, jakby prawda o autorstwie wpisów wcale nie była istotna. Jednocześnie odrzucono wniosek o sprawdzenie komputerów należących do OMZRIK który wskazałem na okoliczność posługiwania się moimi danymi.
Równocześnie Rafał Piotr Gaweł – współtwórca OMZRiK, skazany za wyłudzenia i poszukiwany za przestępstwa – chełpi się tym, że ośrodek prowadzi kilkadziesiąt „lewymi” kont w sieci, rzekomo do „obserwacji” innych użytkowników. Ale kto da gwarancję, że te profile nie służą dokładnie temu, co spotkało mnie – tworzeniu fałszywego obrazu, przypisywaniu cudzych treści, budowaniu fikcyjnego „dorobku nienawiści”, który później ląduje jako „dowód” w prokuratorskiej teczce? W moim przypadku właśnie tak to wyglądało: fałszywy profil, cudze treści przypisane mnie, medialna nagonka i państwowa machina ruszająca przeciwko niewinnemu człowiekowi.
(Poniżej link do reportażu gdzie przedstawiam szerszy aspekt niż tu opisany)
Medialny lincz: egzekucja bez wyroku – to nie jest metafora, to opis rzeczywistości, w której fikcyjne konto i kłamliwa narracja ważone są wyżej niż rzeczywisty człowiek, jego głos, jego dane i jego własny komputer, którego nikt nawet nie chciał sprawdzić.
W normalnym państwie prawa oskarżony ma prawo do obrony, a jego sprawę rozstrzyga sąd. W świecie Konrada Dulkowskiego, w świecie OMZRIK proces to tylko tło – prawdziwy wyrok Dulkowski wydał wcześniej, w sieci – na swoim fanpage siejącym nienawiść i z niezrozumiałych przyczyn działający w ten sposób przez wiele lat pod czułym parasolem prokuratorów „nie widzących znamion przestępstwa” w sytuacji gdy przestępstwo widzą nawet laicy nieznający prawa.
Przez lata nazwisko „Jacek Porosa” w komunikatach OMZRiK pojawiało się w zestawie z ciężkimi epitetami – „przestępca”, „antysemita”, „rasista”. Nie w trybie: „osoba, której zarzuca się…”, lecz w formie kategorycznych stwierdzeń, jakby zapadł już prawomocny wyrok. Ten język nie służył informowaniu – on miał ukierunkować emocje odbiorcy: „to ten zły, przeciwko niemu trzeba się zjednoczyć”, „to rasista, antysemita” – niszczcie go, wyzywajcie, znieważajcie.
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
- Prawdziwa mowa nienawiści – OMZRIK
Tak prezes OMZRIK Konrad Dulkowski tworzy medialny lincz. Gdy odbiorca czyta po raz setny, że dana osoba to „niebezpieczny przestępca”, przestaje zadawać pytania. Gdy nazwisko Porosy wraca w kolejnych postach, wielu ludziom nawet nie przyjdzie do głowy, że ta sama osoba na sali sądowej wciąż ma status niewinnej.
Pod płaszczykiem walki z mową nienawiści uruchomiono wobec mojej osoby „pedagogikę nienawiści”: konsekwentne, uporczywe przypinanie łatki, która miała mnie zdyskredytować zawodowo, towarzysko i moralnie. To nie była „debata”. To była egzekucja reputacji, wykonywana w biały dzień, w zasięgu tysięcy ludzi – i nie bez powodu wyżej wspomniałem o ochronie prokuratorów. Uwierzcie mi: wysłałem dziesiątki zawiadomień o naruszaniu moich praw, o fałszywych oskarżeniach, o zniesławieniu – a wszystkie zostały zamiecione pod dywan, uznane za „działanie zgodne z prawem”! Prokuratura, zamiast zbadać mechanizm Dulkowskiego, chroniła jego narrację, wystawiając mnie na lata publicznego linczu. Nie piszę tego bez dowodów, bo mam na wszystko piękną dokumentację o odmowach ścigania przestępczych działań „prezesa eksperta”, o spychologii pomiędzy wydziałami mając za no celu zniechęcić mnie do obrony moich praw.
Pogarda dla prawa: gdy decyzja UODO nic nie znaczy
Szczególnie poruszające jest to, co stało się po interwencji Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Państwo – w osobie Prezesa UODO – jasno stwierdziło: zaprzestać przetwarzania danych i wizerunku Jacka Porosy.
W normalnym, elementarnie przyzwoitym porządku prawnym to byłby koniec: decyzja zapada, materiały znikają, pokrzywdzony może zacząć układać życie na nowo. Tymczasem w mojej sprawie stało się coś odwrotnego – mimo decyzji UODO nazwisko, wizerunek, dane wrażliwe nadal są publicznie dostępne. To nie jest przeoczenie. To jest demonstracja pogardy dla prawa!
Dulkowski nie tylko nie naprawił szkody ani nie usunął treści, ale pokazał, że nawet oficjalne rozstrzygnięcie organu nadzorczego nie jest dla niego dostatecznym powodem, by przestać niszczyć mnie jako człowieka. Mamy do czynienia z uporczywym trwaniem w bezprawiu – czymś, co polskie prawo o ochronie danych opisuje wprost jako czyn zagrożony karą (art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych, grożący pozbawieniem wolności do 2 lat). To nie jest już spór ideowy. To jest jawny sygnał wysłany każdemu obywatelowi: jeśli staniesz mi na drodze, to nawet decyzje państwa nie wystarczą, aby przerwać kampanię przeciwko tobie – „mam parasol”.
Tu kolejny szokujący wątek z udziałem prokuratury w Białymstoku: mając w ręku decyzję Prezesa UODO o naruszeniu prawa przez OMZRiK, prokurator kilkakrotnie umarza moje zawiadomienie i odmawia prowadzenia śledztwa z tytułu art. 107 – czyli nieuprawnionego udostępniania danych osobowych, co jest ewidentnym przestępstwem. O wzruszenie tej decyzji muszę walczyć przed sądem, co mi się udaje – lecz po powrocie sprawy do prokuratury w Białymstoku prokurator znowu próbuje zamiatać ją pod dywan, i to dzieje się właśnie teraz! Ta powtarzalna bezczynność nie jest przypadkowa – to systemowe osłanianie Dulkowskiego, gdzie decyzja UODO trafia w próżnię, a pokrzywdzony musi toczyć kolejne batalie, by państwo w ogóle zareagowało!
Moralna ślepota: sojusz z osobą prawomocnie skazaną
Dopełnieniem obrazu jest codzienna, ostentacyjna współpraca Konrada Dulkowskiego z Rafałem Gawłem – człowiekiem prawomocnie skazanym za oszustwa przy prowadzeniu działalności gospodarczej, który otrzymał w Polsce wyrok dwóch lat pozbawienia wolności.
Fakt, że ktoś skazany za wyłudzenia i nadużycia finansowe staje się twarzą „obrony praworządności”, jest sam w sobie groteską. Lecz gdy dodamy do tego regularne wspólne występy, podcasty i wzajemne uwiarygodnianie się, otrzymujemy coś więcej niż osobliwy duet. Otrzymujemy sygnał: prawo jest względne, liczy się narracja.
Dla ofiar oszustw finansowych wizja tego, że osoba z takim wyrokiem zostaje moralnym arbitrem, to policzek. Dla kogoś takiego jak ja, który musiał trzy lata udowadniać, że nie jest tym, za kogo go publicznie przedstawiano, to dodatkowe upokorzenie – bo jego oprawca nie tylko nie zatrzymał się, ale jeszcze otoczył się ludźmi, którzy sami mają za sobą poważne konflikty z prawem, a prokuratorzy swoimi działaniami legalizują i uwiarygadniają ten tandem. O tym przestępcy nie będę tu się rozpisywał, bo na jego temat znajdziecie wiele informacji na moim portalu.
Człowiek pod walcem: osobisty koszt „eksperckiej” kampanii
Za każdym wpisem, każdym zawiadomieniem, każdą zniewagą, a są tego dziesiątki na przestrzeni wielu lat, stoi realny koszt dla konkretnego człowieka. W moim przypadku skala tej ceny jest dewastująca, a prokuratura nie reaguje.
Po pierwsze – dewastacja wizerunku. Wyszukiwarki przez lata zwracają moje nazwisko „Porosa” w towarzystwie tekstów, w których stawiano mnie w jednym szeregu z przestępcami i nienawistnikami. To klasyczne „zatruwanie SEO”: ktoś, kto chce po prostu sprawdzić, kim jestem jako dziennikarz, przedsiębiorca od razu trafia na fałszywą, obrzydliwą narrację. Jak znaleźć pracę, jak zdobyć zlecenie, jak funkcjonować w życiu publicznym, gdy pierwsze wrażenie w internecie to wirtualny akt oskarżenia? Tej fali hejtu i paskudnych oszczerstw nie da się przeliczyć na żadne pieniądze tego świata!
Po drugie – trzy lata życia w stanie permanentnego osaczenia. Kto nigdy nie musiał co miesiąc jeździć do sądu, kompletować dokumentów, mierzyć się z widmem wyroku za coś, czego nie zrobił, ten nie zrozumie ciężaru tysiąca dni niepewności. To nie jest „spór prawny”. To codzienna walka o sprawiedliwość, o to, by przez tysiąc dni udowadniać niewinność wobec fałszywych oskarżeń i utrzymywać reputację wbrew medialnej kampanii niszczenia prawdziwą falą nienawiści w wykonaniu Dulkowskiego i Gawła.
Umorzenie dochodzenia – choć fundamentalne – nie kasuje tej historii. Prokurator może skreślić podejrzenia z akt, ale nie skasuje tysięcy udostępnień, komentarzy, screenów. Po Dulkowskim zostaje spalona ziemia w życiu jednostki, którą publicznie bezprawnie nazywa „przestępcą”, „antysemitą”, agentem KGB” i nie przestaje!
Metodologia niszczenia człowieka w imię „dobra” – mechanizm na który pozwalają prokuratorzy i dają parasol na takie działania dla organizacji OMZRIK
Gdy spojrzeć na wszystkie te elementy razem, widać zamknięty, przemyślany model działania:
- Najpierw wybór celu – osoby, którą da się wpisać w schemat „rasista / antysemita / faszysta”.
- Potem tworzenie narracji – częste ataki – komunikaty, posty, wpisy utrwalające wizerunek „wroga, przestępcy”.
- Następnie uruchomienie aparatu państwa – zawiadomienia, procesy, sprawy karne, często oparte na wątłych, wątpliwych źródłach.
- Równolegle – oszczercza presja medialna: powtarzanie zarzutów tak długo, aż w świadomości opinii publicznej staną się „faktem”.
- Wreszcie – ignorowanie nawet tych decyzji organów, które próbują tę machinę zatrzymać (jak UODO), i kontynuowanie kampanii, jakby państwo było tylko dodatkiem do prywatnego projektu „karania” niepokornych.
To nie jest przypadkowe potknięcie „aktywistów”. To jest zbrodnicza metodologia. Metodologia, w której hasła o prawach człowieka służą przykryciu brutalnego łamania podstawowego prawa jednostki – prawa do dobrego imienia, do rzetelnego procesu, do domniemania niewinności, do życia bez nieustannego strachu, bez znieważania medialnego i realnego!
Wygrałem batalię z prokuratorami z Łomży, obroniłem się sam, skutecznie stawiając opór próbom psychiatryzacji i choć przez ponad rok próbowano zrobić ze mnie wariata – zamiast wziąć do ręki wskazane dokumenty o fałszywym oskarżeniu i przesłuchać w pierwszych miesiącach dochodzenia Natalię L., ukraińską pracownicę ośrodka, wysyłano mnie na badania psychiatryczne, gdy w tym czasie Dulkowski medialnie triumfował – Porosa niepoczytalny, bo wysłany na badania. Wszystko wykorzystywał przeciwko mnie łamiąc prawo!
Ale ta decyzja o umorzeniu to także akt oskarżenia wobec Konrada Dulkowskiego: człowieka, który stawia siebie w roli obrońcy ofiar nienawiści, lecz faktycznie jest mistrzem roli konstruktora nienawiści selektywnej – skierowanej w tych, których sobie wybierze na ofiarę.
Zbrodniczy cel psychiatryzacji: przypisanie mi łatki niepoczytalnego człowiekowi,
który przez 13 lat budował reputację swojego wydawnictwa, konsekwentnie publikując na temat przestępstw Rafała Gawła – skazanego za wyłudzenia i oszustwa – oraz jego powiązań z Konradem Dulkowskim. Gdyby im się udało, byłby to ogromny cios dla mnie: kto uwierzy wariatowi, który ośmiela się krytykować „autorytety” walczące z „nienawiścią”? To byłoby ostateczne zwieńczenie planów „eksperta” Dulkowskiego, chcącego całkowicie zniszczyć mnie jako człowieka – zawodowo, społecznie i moralnie, pozbawiając wiarygodności na zawsze.
Ale ich plany spełzły na niczym. Próby psychiatryzacji – zamiast rzetelnego zbadania fałszywych dowodów (wykazanych w tym artykule) i przesłuchania kluczowych świadków jak Natalia L. – obróciły się przeciwko nim samym. Sam skutecznie się broniłem, dostarczając twarde fakty, dokumenty i dowody, które obaliły narrację o „niepoczytalnym oszczercy”. Wyszedłem obronną ręką kolejny raz: uniewinnienie, umorzenie, oczyszczenie z zarzutów – to nie łut szczęścia, lecz dowód, że prawda i wytrwałość zwykłego człowieka mogą pokonać nawet połączone siły „eksperta”, jego medialnej oszczerczej machiny. Dulkowski i spółka chcieli mnie złamać, zniszczyć, ale wzmocnili tylko moją pozycję – jako dziennikarza, który nie dał się uciszyć i ujawnił ich metodologię niszczenia oponentów.
W państwie, które naprawdę szanuje prawa człowieka, ktoś taki nie powinien zasiadać w fotelu „eksperta” od przyzwoitości, nie powinien prowadzić funkcji publicznych i „ścigać” za mowę nienawiści, lecz w Polsce on jest zapraszany do programów telewizyjnych, organizuje wykłady w szkołach dla młodzieży. Dulkowski powinien wytłumaczyć się z każdego fałszywego zawiadomienia, z każdego bezpodstawnego epitetu, z każdego szkalującego wpisu nazywającego mnie faszystą, przestępcą, antysemitą, agentem KGB, ale też z każdego zniszczonego życia, które jego kampanie nienawiści obróciły w ruinę, bo osób poszkodowanych przez tego człowieka są w Polsce dziesiątki. I dopiero wtedy – naprzeciwko człowieka, którego próbował zniszczyć – spojrzeć w oczy nie publiczności, lecz wymiarowi sprawiedliwości i odpowiedzieć za popełnione czyny.
Prokuratura w Łomży, zamiast chronić obywatela przed fałszywymi oskarżeniami, wydaje się stawać nieświadomym lub świadomym ogniwem w machinie niszczenia człowieka – mechanizmie, w którym „ekspert” jak Dulkowski dostarcza „wątpliwy materiał”, a organ ścigania go przyjmuje bez krytycznego oglądu.
Domniemana współpraca prokuratury: fałszywe oskarżenia pod parasolem państwa
W idealnym państwie prawa prokuratura stoi na straży prawdy i domniemania niewinności. W sprawie mojej – znieważanego, zniesławianego, pomówionego, Prokuratura Rejonowa w Łomży, pod kierunkiem osób związanych z Dorotą Leszczyńską (obecnie zastępcą Prokuratora Okręgowego), wydaje się działać w sposób sugerujący faworyzowanie Konrada Dulkowskiego – człowieka, którego metody opierają się na fałszywych zawiadomieniach, publicznym linczu, znieważaniu. Odpiera moje, aż trzykrotnie dokładne wskazania błędów jakie popełniła i dokumentów które nie trzymają się kupy oraz zeznań Natalii L. które są kłamliwe. Jakby prokurator miała klapki na oczach.
Od samego początku informowałem prokuraturę, w tym Dorotę Leszczyńską, o fałszywym charakterze dokumentów złożonych przez OMZRiK. Podkreślałem, że Natalia L. – kluczowa „świadek i rzekoma poszkodowana” – jest pracownikiem Dulkowskiego, składającą zawiadomienia za wynagrodzeniem jako pracownik biurowy OMZRiK; nie jest wiarygodna, skoro jej rola sprowadzała się do podpisania z góry przygotowanych dokumentów, bez osobistego udziału w zdarzeniu czy rzetelnej weryfikacji ich treści, co ostatecznie wyszło na jaw w toku postępowania (patrz notatka poniżej). Mimo tych informacji śledztwo jechało po mnie jak walec próbując niszczyć i tłamsić. Dorota Leszczyńska nie odpuściła nawet w chwili gdy Natalia L. przyznała się, że składała fałszywe zawiadomień.
W takiej sytuacji domniemanie współpracy staje się uzasadnione: dlaczego prokuratura nie zweryfikowała wiarygodności „świadków” wskazanych przeze mnie? Dlaczego nie podjęła działań wobec Dulkowskiego za potencjalne fałszywe oskarżenie (art. 234 KK) lub podżeganie do fałszywych zeznań (art. 233 KK), mimo ewidentnych wątpliwości co do autentyczności materiału dowodowego? Trzyletnie prowadzenie sprawy, zakończone umorzeniem z braku dowodów pokazuje, że podstawy oskarżeń były kruche – lecz koszt dla mnie – prawdziwego pokrzywdzonego był ogromny: lata stresu, kosztów prawnych i publicznej stygmatyzacji napędzanej falą nienawiści przez Konrada Andrzeja Dulkowskiego.
To nie może być przypadkiem. Gdy obywatel wielokrotnie alarmuje o fałszu, a prokuratura pcha sprawę dalej, rodzi się pytanie o świadome faworyzowanie „dyżurnego eksperta”. Dorota Leszczyńska, jako kluczowa figura w strukturze, powinna była zapewnić obiektywizm – zamiast tego ta sprawa stała się kolejnym przykładem, jak państwo może stać się narzędziem prywatnej vendetty. W efekcie prokuratura nie tylko nie zatrzymała machiny Dulkowskiego, ale dała jej impet, wystawiając zwykłego człowieka na lata męki, znieważania i upokorzeń.
To pokazuje obraz systemowego problemu: gdy prokuratura nie weryfikuje (bo nie chce pomimo wskazania uchybień na samym początku dochodzenia) fałszywych zawiadomień, a zamiast tego ściga na ich podstawie i niszczy życie niewinnego człowieka, traci wiarygodność. Ja, oczyściwszy się z zarzutów, zasługuje nie tylko na zadośćuczynienie od Dulkowskiego, ale na śledztwo wyjaśniające, dlaczego organ ścigania mógł stać się przedłużeniem bandyckiej ręki, ale najważniejsze jest, by w końcu postawić zarzuty prawdziwemu przestępcy.
P.S. Dokumenty z dochodzenia publikuje z całą odpowiedzialnością w związku z obawą o swoje życie i zdrowie, gdyż w obecnej chwili jestem permanentnie atakowany przez sędziego Sądu Rejonowego w Białymstoku.
Kolejny raz chcą mnie „uciszyć” zamiast postawić zarzuty Dulkowskiemu w związku z ujawnianiem przestępstw w na moją szkodę.

















