24 sierpnia 2026 roku, w dniu obchodów Święta Niepodległości Ukrainy, warszawskie Krakowskie Przedmieście stało się miejscem konfrontacji dwóch zupełnie różnych narracji historycznych i politycznych. W bezpośrednim sąsiedztwie Placu Zamkowego odbyła się IV Manifestacja Dumy Narodowej, podczas której uczestnicy przypominali o ofiarach ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz zbierali podpisy pod obywatelskim projektem ustawy mającym penalizować gloryfikowanie banderyzmu.

Głównym przesłaniem manifestacji była pamięć o ofiarach Ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej oraz sprzeciw wobec prób relatywizowania, przemilczania czy gloryfikowania ideologii odpowiedzialnej za zbrodnie na polskiej ludności cywilnej. Wołyń nie został zapomniany. Uczestnicy manifestacji pojawili się z biało-czerwonymi flagami, transparentami oraz materiałami przypominającymi o zbrodniach dokonanych przez OUN-UPA.

Na transparentach pojawiały się hasła dotyczące Wołynia, Małopolski Wschodniej oraz odpowiedzialności za pamięć historyczną: „Stop gloryfikacji banderyzmu”, „Żądamy penalizacji banderyzmu” i „Ukraińskie ludobójstwo na polskim narodzie” to tylko część haseł widocznych podczas wydarzenia.

Dla uczestników manifestacji sprawa była jasna: pomoc Ukrainie i współpraca między państwami nie mogą oznaczać rezygnacji z pamięci o polskich ofiarach.

W tym samym czasie w rejonie Placu Zamkowego odbywały się wydarzenia związane z obchodami ukraińskiego święta niepodległości. Bliskość obu zgromadzeń sprawiła, że trudno było uniknąć wzajemnego kontaktu uczestników. Pojawiały się okrzyki, transparenty i próby zwrócenia uwagi drugiej strony.

Atmosfera momentami robiła się napięta. Jak wynika z obserwacji naszej redakcji, po obu stronach pojawiali się funkcjonariusze policji, których zadaniem było przede wszystkim niedopuszczenie do bezpośredniej eskalacji. Trzeba przyznać, że w kilku sytuacjach, policjanci skutecznie zapobiegli fizycznemu starciu.

Jednak sposób reagowania funkcjonariuszy budził wśród uczestników polskiej manifestacji poważne zastrzeżenia. W trakcie wydarzenia dochodziło do sytuacji, które przez uczestników polskiej manifestacji odbierane były jako prowokacje ze strony osób związanych z drugą demonstracją. Ireneusz Rosa, organizator IV Manifestacji Dumy Narodowej zwracał się do funkcjonariuszy z prośbą o usunięcie osób, które jego zdaniem zakłócały przebieg zgromadzenia, jednak policja nie podjęła w tym celu żadnych działań. Funkcjonariusze przede wszystkim rozdzielali obie grupy i pilnowali, aby napięcie nie przerodziło się w otwarty konflikt.

Z jednej strony można uznać to za działanie mające zapobiec eskalacji. Z drugiej, uczestnicy polskiego zgromadzenia pytali, dlaczego osoby, które ich zdaniem celowo prowokowały, mogły nadal pozostawać w pobliżu manifestacji. Jeszcze większe kontrowersje wzbudziły działania policji po drugiej stronie: polscy działacze ubyli suwani z ukraińskiego zgromadzenia.

W nieprzyjemnej sytuacji znalazł się dziennikarz Niezależnych Mediów Podlasia. Reporter, który przebywał w rejonie ukraińskiego zgromadzenia w związku z wykonywaniem obowiązków dziennikarskich, został odprowadzony przez policję. Jak później relacjonował, funkcjonariusze nie dopuścili go również do skorzystania z toalety w znajdującej się w pobliżu restauracji McDonald’s. To właśnie takie sytuacje stały się jednym z tematów rozmów uczestników polskiej manifestacji. Pojawiało się pytanie, czy policja w jednakowy sposób traktowała obie strony konfliktu. Nie chodziło przy tym o oczekiwanie, aby funkcjonariusze opowiedzieli się po którejkolwiek ze stron. Chodziło o jednakowe standardy wobec wszystkich uczestników zgromadzeń.

Wraz z upływem czasu okolice Krakowskiego Przedmieścia i Placu Zamkowego coraz bardziej przypominały miejsce politycznego sporu, odbywającego się na oczach mieszkańców i turystów. Z jednej strony biało-czerwone flagi i transparenty przypominające o Wołyniu, zaś z drugiej strony niebiesko-żółte flagi (razem z polskimi), hasła solidarności z Ukrainą.

Należy zaznaczyć, że mimo wysokich emocji, nie doszło do wydarzeń, które przerodziłyby się w poważne zamieszki. Policja, choć jej działania budziły zastrzeżenia części uczestników, ostatecznie nie dopuściła do fizycznej eskalacji konfliktu. Na koniec padły słowa, których nie dało się łatwo słuchać. Kulminacyjnym momentem polskiego zgromadzenia było wystąpienie organizatora, który przypomniał konkretne metody (aż 362), jakie były stosowane podczas mordów na polskiej ludności cywilnej. Nie była to abstrakcyjna lekcja historii. Była to próba pokazania, że za określeniem „zbrodnie wołyńskie” kryją się konkretni ludzie i konkretne, często niewyobrażalnie, brutalne historie. Właśnie dlatego organizatorzy konsekwentnie używali słów „ludobójstwo” i „pamięć”.

Ciekawostką jest, że spotkany przez patriotę Marcina Potyńskiego aktor znany z serialu „Ranczo”, Wojciech Wysocki, podsumował Ukraińców w nietypowy sposób: „Proszę Pana, oni bronią naszą dupę”, co spotkało się ze zrozumiałym oburzeniem uczestników Manifestacji.

Zdjęcia: https://fotodabrowski.eu/index.php?/category/243.