Miała być rewolucja w ochronie dzieci. Tymczasem “lex Kamilek” prowadzi do dramatów rodzinnych

Autorzy ustawy, którą potocznie nazwano „lex Kamilek”, obiecywali, że zapewnią dzieciom w Polsce realną ochronę przed krzywdą i zaniedbaniem. Niestety — rzeczywistość okazała się zupełnie inna, niż planowano. Zamiast większego bezpieczeństwa najmłodszych, mamy coraz więcej chaosu, niejasności oraz bolesnych rozstań dzieci z ich rodzicami. System, który miał pomóc, często paradoksalnie wyrządza szkodę.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po wejściu nowych przepisów, jest narastająca biurokracja. Zamiast empatycznych rozmów i realnej pomocy, wszystko zaczyna opierać się na urzędowych procedurach. Pracownicy socjalni, policjanci, nauczyciele — wszyscy muszą skrupulatnie odhaczać kolejne rubryki w raportach, bo za każdą decyzją stoi groźba rozliczenia lub medialnej nagonki. Brakuje czasu, brakuje szkoleń, brakuje wsparcia — są za to rosnące stres i rutyna. Nietrudno też zauważyć, że wiele decyzji o zabraniu dziecka z domu podejmowanych jest “na wszelki wypadek”. Wystarczy niejasny sygnał, plotka ze szkoły, czasem nawet czyjeś domysły, żeby cała państwowa machina ruszyła. Rodziny trafiają do systemu z dnia na dzień, nie mają wiele szans na wyjaśnienie sytuacji, a ich dzieci bywają rozdzielane tylko na podstawie przesłanek, które w normalnych warunkach mogłyby zostać wyjaśnione rozmową, psychologicznym wsparciem czy krótkoterminową pomocą socjalną.

Bardzo problematyczny jest też sposób traktowania zeznań dzieci. Eksperci alarmują, że nie zawsze da się od razu odróżnić dziecięcą opowieść od manipulacji, nacisków ze strony dorosłych lub rówieśników. Tymczasem nowe prawo zakłada automatyczną wiarę w każdą historię, bez głębszej weryfikacji czy sprawdzenia kontekstu. To prosta droga do dramatów i rodzinnych tragedii, w których ofiarami są zarówno dzieci, jak i niewinnie oskarżeni rodzice. Odebranie dziecka to zawsze trauma. Wielu psychologów podkreśla, że dzieci zabrane rodzicom czują się głęboko zranione — tracą poczucie bezpieczeństwa, przynależności, a potem przez lata mają problemy z zaufaniem do dorosłych. System nie przewiduje realnych mechanizmów pomocy takim rodzinom, nie dąży do naprawy relacji. Pragmatyzm ustawy zamienia się w bezduszne formalności, a ofiarami często są właśnie niewinne dzieci i ich bliscy.

Coraz głośniej mówi się też o problemach kadrowych. Specjaliści uciekają z systemu, bo boją się odpowiedzialności, są przemęczeni ilością spraw i czują, że nowe prawo ich nie chroni. Praca socjalna staje się urzędową fikcją. Pozostają tylko ci, którzy boją się podjąć ryzyko prawdziwej pomocy, a w zamian stosują tylko “bezpieczne” rozwiązania — wtedy na pierwszym planie jest nie dobro dziecka, ale strach przed odpowiedzialnością. Co najgorsze, nowelizacja obniżyła standardy, jeśli chodzi o nadzór nad personelem pracującym z dziećmi. Pojawiły się luki, które mogą sprawić, że z najmłodszymi będą pracować osoby z kryminalną przeszłością. Alarmowali o tym Rzecznik Praw Dziecka, organizacje pozarządowe — niestety, ich głos nie został wzięty odpowiednio pod uwagę w procesie legislacyjnym.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden poważny grzech ustawy — brak indywidualnego podejścia do problemu. Każda rodzina to inna historia, inne działania powinny być podejmowane w jej przypadku. Ustawa tymczasem każe korzystać z jednego schematu: zgłoszenie — reakcja — odebranie dziecka — zamknięcie sprawy. Skutkuje to tym, że szanse na naprawę relacji rodzinnych czy przywrócenie dzieci rodzicom są iluzoryczne, a uporządkowane procedury zamieniają się w pozory troski o dobro najmłodszych.

Podsumowując, “lex Kamilek” to dziś niestety bardziej maszyna biurokratyczna niż realna tarcza ochronna dla dzieci. Jest źródłem niepotrzebnej traumy, paraliżuje prace specjalistów, coraz rzadziej pomaga, coraz częściej szkodzi — zamieniając empatię i ludzkie podejście w grę urzędniczych druków, pozorów i niepotrzebnej presji. Rodziny, które chciałyby uzyskać pomoc, boją się systemu, a zaufanie do państwa i służb opiekuńczych jest coraz niższe. Tak miało nie być. A niestety — jest.