Ulica Grottgera

c3_manekin_xxi_wiekuBiałystok to zdumiewające miasto. Nawet jeżeli wyjechałam na zawsze, a lawina zdarzeń przynajmniej  kilka razy uczyniła z mojego życia kolejne Pompeje i Herkulanum, to każde miejsce istnieje w mojej pamięci podwójnie – takie, jak przed laty i na nowo odkrywane  TERAZ.

Na podwórku przy ulicy Grottgera bawiły się moje dzieci. Dwie radosne buzie pochylone nad babkami z piasku nieświadome, że za chwilę pod piaskownicą rozstąpi się ziemia i pochłonie ich dzieciństwo  pozostawiając po sobie rozgrzany popiół.

Tamtędy nam było po drodze do cudownych krain, które nasza trójeczka – córeczka, synek i ja opowiadaliśmy sobie wzajemnie  (spacery tematyczne z dziećmi to niesamowite przeżycie dla matki, otwierające doświadczenie dla pedagoga i dowód, że w przebywaniu z własnymi latoroślami, poświęcaniu im czasu, wspólnemu tworzeniu światów można odnajdywać niesamowitą radość: poprzez spacery w głąb Gwiezdnych Wojen czy opowieść o Robin Hoodzie czy Rycerzach Okrągłego Stołu na terenie Zwierzyńca). Wtedy też przynajmniej dwa razy w tygodniu odwiedzaliśmy bibliotekę muzyczną przy ul. Grottgera i zanurzaliśmy się w gąszcz winylowych płyt z zapomnianymi bajkami i kaset z przebojami jednego popołudnia.

Zmierzając w kierunku Tatooine, Dagobah, Bespin, Coruscant i setek innych planet ukrytych w spacerowych opowieściach Zwierzyńca zatrzymywaliśmy się na chwilę przed dawnym Technikum Elektrycznym, a obecnym XI Liceum Ogólnokształcącym, do którego chodził „Nemeczek” – jeden z moich młodzieńczych idoli. Taki Tolek Banan-bis, który przynajmniej kilka razy zawieruszył się po latach w kilku moich  wierszach i opowiadaniach. Z  młodzieńca o norwidowskim spojrzeniu i pyskatej gębie przeistoczył się w niedoszłego polityka oraz znanego mistrza karate,  jednego z kilku obecnych Gichin Funakoschi Białegostoku. To jednak prawdziwy mistrz Gichin Funakoshi powtarzał swoim uczniom „Nie wystarczy walczyć jak lew, lecz należy zawsze i bez wyjątku opowiadać się po stronie sprawiedliwości”.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAPamiętam też z dzieciństwa pewien sklep na ulicy Grottgera, do którego wchodziło się po schodkach na pierwsze piętro. Po lewej stały tam dwa dziecięce manekiny, a u ich stóp – wypchana kuna z miną skunksa. Dalej bele materiałów i firan, a wśród nich dorosłe manekiny samodzielnie wypisujące ręcznie paragony i wydające w kasie resztę. Uśmiech został na parterze. Sam Bruno Jasieński mógłby go doklejać uczestnikom groteskowego „Balu manekinów”: Czy można wymyślić większą mękę niż ta, gdy się zmusza kogoś, aby jak kamień trwał nieruchomo przez lata całe. Tylko ludzie zdolni są do takiego okrucieństwa.[1]

Tam gdzie była piaskownica rośnie teraz wysokie zielsko, a manekiny –nawet jeśli ożyły – nie mają żadnych wspomnień.

                                                                                                                                                                           Marta Cywińska

One Reply to “Ulica Grottgera”

  1. grottgera to również moja ulica. szczególnie dobrze pamiętam ją z dzieciństwa. przedszkole, żłobek, sklep spożywczy i odzieżowy na górze jednakże najlepiej wspominam wyprawy po rurki do magazynów tzw. sierżana. teraz stoi tam ochydne bloczysko. pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.