Uprzejmie proszę o udzielenie jakiejkolwiek pomocy mojemu przyjacielowi Andrzejowi Dziąbie. 
Zacny człowiek mocno doświadczony przez życie, a te nie szczędziło mu nieszczęść. Ostatnim doznanym był pożar domu w którym wynajmował pokój, a że okoliczności pożaru były bardzo dziwne to tym bardziej zachęcam do przeczytania poniższego tekstu. Każda wpłacona złotówka pozwoli na odbudowanie normalności i powrót do pracy, gdyż wszystkie sprzęty, narzędzia strawiła pożoga. Nie będę rozpisywał się jak został potraktowany przez burmistrza Supraśla, bo szkoda słów na tak podłe zachowanie.  Poniżej link do zrzutki i Bóg zapłać za wszelką pomoc. 

https://zrzutka.pl/f74gk6

…………………………………………………………..

„Śmierć skradała się nocą”

 Zwykło się mówić, że „nieszczęścia chodzą parami”. Tak było w nocy i nad ranem 18 stycznia 2021 r., kiedy najpierw uratowałem życie w pożarze, a potem pozbawiono mnie wolności przez 23 dni na skutek podstępnego wyroku. Po uwolnieniu założyłem tę zrzutkę, ale nie miałem siły wewnętrznej, aby opisać moje przeżycia w sposób komunikatywny i wiarygodnie je potwierdzić. Trauma po pożarze, pobycie w więzieniu, a szczególnie z powodu wrogości wobec mnie urzędników w Supraślu i Białymstoku, paraliżowała mnie umysłowo, psychicznie i emocjonalnie, że nie byłem w stanie opisać moich przeżyć. A w zasadzie z pisaniem nie mam problemu, gdyż to mój nabyty zawód w III RP. Napisałem w ciągu ponad 25 lat zmagań z systemem kilkanaście tysięcy różnych pism ze skomplikowanymi urzędowymi i procesowymi włącznie, a opisanie moich przeżyć z początku 2021 r. okazywało się długo niemożliwe. Jednak się przełamałem.

Noc z niedzieli na poniedziałek 17/18 stycznia 2021 r. zapowiadała się podobnie jak poprzednie. Wieczorem było już ok. 20 stopni Celsjusza na minusie. Zanim położyłem się spać, zabezpieczyłem drzwi na korytarz kocem i kołdrą. Na korytarzu był minusowa temperatura. O 22 00 położyłem się spać, zakładając na usta i nos maskę z wkładem węglowym. Bez niej miałem duże problemy, aby zasnąć. Rano następnego dnia czekały mnie ważne sprawy do załatwienia, więc zamierzałem dobrze się wyspać, odpocząć i rano w pełni sił zabrać się do pracy. Nie było to łatwe, gdyż mieszkanie, które wynająłem w Supraślu w drewnianym domu przy ul. Posterunkowej 5 nr 6, nie było zdrowe. Właściciele pomalowali markowymi farbami ściany i sufit, przykrywając w ten sposób ich faktyczny stan, a na podłodze położyli panele. Już w kwietniu 2020 r. niedługo po zamieszkaniu, zacząłem odczuwać pewien dyskomfort na tle alergicznym szczególnie po napaleniu w kuchennym piecu kaflowym, który ogrzewał również łazienkę. Dlatego dużo czasu spędzałem na powietrzu, jeżdżąc na rowerze i spacerując. W czerwcu skorzystałem z zaproszenia znajomego mechanika i na jego działce nad rzeką Supraśl, rozbiłem namiot. Praktycznie do początku września z krótkimi przerwami spałem pod namiotem. Miejsce było szczególne, gdyż przed kilkuset laty pojawili się tam mnisi prawosławni, budujący klasztor. Stworzyli tam erem pustelniczy. Wybór nie był przypadkowy, gdyż w tym miejscu potwierdzono pozytywną energię tzw. czakram. Ja potwierdziłem to na sobie. Po wieczornej kąpieli w rzece spałem bardzo dobrze, a budząc się wcześnie rano czułem się całkowicie odprężony. Niestety wracając do toksycznego mieszkania, dyskomfort na tle alergicznym powracał. Dlatego po zwinięciu namiotu sypiałem często na korytarzu, którego ściany i sufit były stare i zniszczone, ale nie pomalowane. Spałem na łóżku polowym.

 

Z racji mojego wieku i prostaty obudziłem się ok. północy, aby skorzystać z toalety. Sprawdziłem, czy był wyłączony grzejnik olejowy, gdyż nie używałem pieca kaflowego z powodu ogromnej ilości sadzy, która w trakcie palenia w nim stawała się bardzo uciążliwa i toksyczna. Piec oraz komin zapewne od dawna nie były czyszczone. Włączony był tylko nieduży bojler w łazience. Kiedy się automatycznie włączał, słychać było specyficzny dźwięk. Po załatwieniu potrzeby fizjologicznej i ocenie sytuacji z nałożoną maseczką wróciłem do łóżka. Nagle usłyszałem dźwięk podobny do tego jak przy włączaniu się bojlera. Chciałem włączyć światło, ale nie było zasilania. W świetle zewnętrznej lampy, które docierało do mieszkania, ujrzałem smugę dymu kierującego się do okna. Uchyliłem zawieszone na drzwiach koc i kołdrę, aby otworzyć drzwi wejściowe i sprawdzić, czy jest światło na korytarzu. Nie było, a w świetle widać było jeszcze obfitszy dym niż w mieszkaniu, który kierował się w moją stronę. Wystraszyłem się i cofnąłem do mieszkania. W świetle latarki, którą trzymałem w ręce, sprawdziłem, która jest godzina. Była 3 00. Czym prędzej zamknąłem drzwi, zasłoniłem kocem i kołdrą, decydując się uciekać przez okno. Jego otwarcie było utrudnione, gdyż stało przed nim obszerne biurko, blokujące pełne otwarcie okna. Przez chwilę pomyślałem, aby coś zabrać z mieszkania, ale instynkt mi podpowiedział, aby ratować to, co najważniejsze – życie. Byłem w piżamie, klapkach, a w ręce trzymałem latarkę. Na twarzy cały czas miałem założona maskę. Zamierzałem zadzwonić pod numer alarmowy 112, ale mój stary i wysłużony Sony Ericsson P990i miał uszkodzone normalne wybieranie i musiałbym najpierw wpisać numer do kontaktów, aby potem pod niego zadzwonić. Nie było to w tak ekstremalnej sytuacji możliwe. Odsunąłem biurko, aby otworzyć szerzej i okno i przycupnąłem na parapecie. Było bardzo bardzo zimno. Wstydziłem się wołać głośno o pomoc i niezbyt głośno wołałem : „halo, halo …..”. Nikt nie odpowiedział. Nagle zobaczyłem na chodniku po mojej lewej stronie spacerujących mieszkańców z parteru tego budynku, którzy mnie zobaczyli i usłyszeli, ale nie zareagowali. Mieszkanie zajmowane przeze mnie znajdowało się na piętrze, a od parapetu do głębokiego śniegu było ponad 3 m i bałem się skakać. Obfite kłęby kłęby wydostawał y się przez okno oraz bokami. Żeby móc oddychać względnie czystym powietrzem, musiałem wychylać się na zewnątrz. Ratunek przyszedł od mieszkańców sąsiedniego domu rodziny Zemło. Najpierw syn Państwa Ewy i Krzysztofa Zemło podstawił mi drabinę, która nie sięgała co prawda do parapetu, ale chwytając się go rękami opuściłem ciało w jej kierunku i dotykając najpierw stopami zszedłem na ziemię pokrytą śniegiem. Rodzina Państwa Zemło zabrała mnie do swojego domu, okryła kocem, poczęstowała herbatą, a potem kawą. Dochodziłem do siebie. Można by powiedzieć słowami św. pamięci redaktora Jana Ciszewskiego: „Wracałem z dalekiej podróży”. W najśmielszych jednak oczekiwaniach nie sądziłem, co mnie spotka już niedługo.

agle do domu moich wybawców wszedł policjant. Musiał wiedzieć, że tutaj jestem. Zapytał mnie, czy potrzebuję pomocy medycznej. Odpowiedziałem, że niekoniecznie. Potem zapytał mnie o numer Pesel. Niczego nie podejrzewając, zacytowałem z pamięci. On sprawdził coś w swoim telefonie, ale nic nie powiedział. Kiedy moi gospodarze powiedzieli, że nadal się mną zaopiekują, policjant stwierdził, że muszę pójść razem z nim. Sądziłem, że wynika to ze standardowych procedur i po założeniu ubrania i obuwia, wyszedłem razem z policjantem. Po drodze policjant powiedział, że jestem poszukiwany i na miesiąc trafię do więzienia z powodu wyroku z Łomży. Odpowiedziałem mu, że sądziłem, iż piekło, które się nade mną rozwarło w III RP mam już za sobą. Policjant odpowiedział, „jakie piekło”? Odpowiedziałem, że system, który mnie niszczył, a on na to „jaki system”? To wzbudziło moje podejrzenie, że policjant, który do mnie przyszedł, miał za zadanie najpierw sprawdzić, czy żyję, a jeśli żyję mnie zatrzymać i przekazać do więzienia. W późniejszej korespondencji z Komendą Miejską Policji w Białymstoku ustaliłem jego stopień służbowy oraz nazwisko. Był to st. sierżant Michał Bogusz, który przekazał mnie dwojgu policjantów, a ich zadaniem było osadzenie mnie w Areszcie Śledczym w Białymstoku. Zostałem skuty kajdankami i w samochodzie policyjnym oczekiwałem na dalsze czynności.

 Zanim zacząłem pisać ten wstęp do moich przeżyć, poprosiłem osoby, które mi pomagały począwszy od osadzenia w więzieniu, później oraz do chwili obecnej, aby zamieściły swoją relację z tego okresu. Poniżej zamieszczam wpis Jacka Łukasika.   

„Więzienie” 

Moja sytuacja w jednej chwili uległa diametralnej zmianie – z ofiary po pożarze stałem się przestępcą. I nie było to na pewno tylko kwestią stosowanych procedur. Od początku byłem pewny, że w sprawie jest jakieś „drugie dno”. Po niedługim oczekiwaniu rozpoczęła się moja podróż do Białegostoku. Siedziałem w osobnym pomieszczeniu na tyle samochodu, które było zimne, kajdanki nieco mi uwierały pomimo kilku próśb o poluzowanie, czułem się bardzo źle. Przywieziono mnie do Komendy Miejskiej Policji w Białymstoku. Od razu po wejściu dyżurny podał mi alkomat do dmuchania. Próba okazała się negatywna w sensie nie stwierdzenia alkoholu, a pozytywna dla mnie, że byłem trzeźwy. Gdybym pozwolił sobie poprzedniego wieczora na wypicie alkoholu, mógłbym się już nie obudzić, a w razie przeżycia oskarżony o nieumyślne spowodowanie pożaru. Potem moi „opiekunowie” zaprowadzili mnie do osobnego pomieszczenia, gdzie rozpoczęto sporządzać protokół zatrzymania. Wcześniej zażądałem poluzowania kajdanek, gdyż nadal mnie ściskały, ale oboje policjanci oraz jeszcze trzeci o wyglądzie Irokeza najwyraźniej to bagatelizowali, ale ja nie ustąpiłem. Zgłosiłem też zamiar złożenia zażalenia na zatrzymanie. Próbowano mnie od tego odwieść, sugerując, że nie mam ku temu podstaw. Szczególnie trzeci policjant o wyglądzie Irokeza bardzo się ze mną spierał w tej sprawie, chociaż nie miał z moim zatrzymaniem nic wspólnego. Zapytałem ich troje „komu wy służycie, chazarskiej władzy okupacyjnej w Polsce”? Wszyscy byli bardzo zdziwieni. Protokół jednak sporządzono. Dowiedziałem się z niego, że policjanci konwojujący mnie do Białegostoku to sierż. Adam Kolonko oraz st. post. Ewa Skrzypko. Zażądałem zbadania mnie przez lekarza. Zawieziono mnie do szpitala MSWiA w Białymstoku. Sierżant Adam Kolonko powiedział lekarzowi, że przywieziono mnie z interwencji. Stanowczo zaprotestowałem, że nie z interwencji tylko po pożarze. Lekarka zmierzyła mi ciśnienie, którego mi nie podała oraz nałożyła na palec chyba glukometr. Nie wiem, co wykazał. Na moje stwierdzenie, że nie wziąłem dzisiaj rano leków, stwierdziła, że otrzymam je w więzieniu. Po tym badaniu zostałem przewieziony do Komendy Miejskiej Policji na tzw. dołek, gdzie miałem oczekiwać na przewiezienie mnie do Aresztu Śledczego w Białymstoku. Tam potraktowano mnie najlepiej – dostałem herbatę, pozwolono mi napisać dwa pisma, a wśród nich zażalenie na postanowienie o zatrzymaniu oraz zatrzymaniu w celu doprowadzenia do zakładu karnego oraz do Ministra Sprawiedliwości. Następnie przejęli mnie mnie policjanci z Wasilkowa, którym polecono przesłuchanie mnie w charakterze poszkodowanego w pożarze. Pozwolono mi napisać jeszcze jedno pismo do Prezesa Sądu Apelacyjnego w Białymstoku. Potem policjanci z Wasilkowa zawieźli mnie do Aresztu Śledczego w Białymstoku. Tam jednak okazało się, że nie ma dokumentów, na podstawie których można by przyjąć mnie do więzienia. To policjant z Wasilkowa dzwonił do Sądu Rejonowego w Łomży, któremu powierzono wykonanie wyroku, Zakładu Karnego w Czerwonym Borze, do którego miałem się stawić w celu odbycia kary 1 miesiąca pozbawienia wolności oraz Sądu Rejonowego w Będzinie, który mnie skazał, poszukując akt sądowych niezbędnych do osadzenia mnie w Areszcie Śledczym w Białymstoku. Oczekiwanie trwało ok. dwóch godzin. Byłem bardzo zmęczony, spragniony, nie zażyłem leków. Towarzysząca mi policjantka z Wasilkowa zażartowała: „może powinniśmy Pana zawieźć do domu, ale którego”? Nie wiem, czy dokumenty dotarły, ale mnie przyjęto. Rozstając się z sympatyczną parą policjantów z Wasilkowa powiedziałem, że po wyjściu z więzienia czekać mnie będzie najtrudniejsze logistycznie wyzwanie w życiu.

 

Znalazłem się na tzw. oddziale przejściowym. W ramach przyjęcia musiałem odbyć rozmowę z wychowawcą. Miał podgląd do informacji o moich wcześniejszych problemach z wymiarem sprawiedliwości. Powiedział coś w rodzaju, że „ponownie znalazłem się w kryminale”, a ja mu odpowiedziałem, że nie w kryminale tylko tzw. systemie penitencjarnym okupacyjnej władzy żydowskiej w Polsce. Tak się wzburzył, że ja zarzucam 80 tysiącom pracownikom służby więziennej działanie na szkodę Polski i Polaków. Nie sądziłem, że tych darmozjadów jest tak dużo. Potem udowadniał mi wyższość Talmudu nad katolicyzmem. Opisałem tę rozmowę i następnego dnia w piśmie procesowym z 26 marca 2021 r. skierowanym do Prokuratury Rejonowej w Białymstoku. Budynek aresztu pochodzi z okresu carskiego. Grube i zimne ściany, a na zewnątrz było poniżej 20 stopni Celsjusza, sprawiały wrażenie lochu. W w/w piśmie napisałem też, że warunki w Areszcie Śledczym w Białymstoku nadawałyby się do chowu świń, a nie trzymania w nich ludzi. Myślami byłem jeszcze w Supraślu, martwiłem się o moje dokumenty, ubrania, rzeczy osobiste. Wszystko zostało bez mojej troskliwej opieki. Nie wiedziałem, co ze mną będzie po opuszczeniu więzienia? Czy będę miał dokąd się udać?

 

Jako jeden z pierwszych listów napisałem do burmistrza Supraśla dr Radosława Dobrowolskiego, pytając go między innymi, na co będę mógł liczyć po opuszczeniu aresztu. Do momentu jego opuszczenia 9 lutego 2021 r. nie otrzymałem odpowiedzi. Zaraz po osadzeniu ustanowiłem pięciu mężów zaufania, spośród których trzej podjęli konkretne działania. Byłem z nimi w kontakcie telefonicznie i tą drogą przekazywałem im instrukcje. 22 stycznia 2021 r. napisałem do Sądu Okręgowego w Białymstoku IV Wydziału Penitencjarnego oraz Nadzoru nad Wykonywaniem Orzeczeń Karnych o udzielenie mi trzydniowej przerwy w karze, abym mógł pojechać na miejsce pożaru w Supraślu i zorientować się, co się stało z moim dobytkiem. 26 stycznia 2021 r. wysłano do mnie pismo, abym uiścił 60 zł tytułem opłaty sądowej pod rygorem uznania pisma za bezskuteczne. Mógłbym napisać pismo o zwolnienie od kosztów, na co zapewne by mi odpowiedziano, abym złożył oświadczenie o stanie rodzinnym, majątku, dochodach i źródłach utrzymania i po jego złożeniu oczekiwał na postanowienie Sądu, a mogłoby to trwać tak długo, że zdążyłbym wyjść, więc poprosiłem znajomego Wiesława Krzewskiego, aby za mnie te koszty uiścił. I tak się stało. 2 lutego 2021 r. po upływie połowy kary napisałem do Sądu Okręgowego w Białymstoku pismo z wnioskiem o warunkowe przedterminowe zwolnienie.

 

1 lutego 2021 r. skierowałem skargę do Dyrektora Aresztu Śledczego w Białymstoku, w której zwróciłem uwagę na kilka nieprawidłowości dotyczących mojej osoby. Zamiast odpowiedzi zostałem umieszczony na dwie doby w izolatce.

 

Prowadziłem też korespondencję z Sądem Rejonowym w Łomży, któremu powierzono wykonanie wyroku z Będzina w sprawie zawieszenia wykonania wyroku. Sąd Rejonowy w Łomży nie od razu, ale 9 lutego 2021 r. wstrzymał jego wykonanie, gdyż wyraziłem gotowość odbycia reszty kary w formie ograniczenia wolności. Natomiast do momentu wyjścia nie otrzymałem odpowiedzi z Sądu Okręgowego w Białymstoku w sprawie mojego wniosku o udzielenie przerwy w karze oraz warunkowego przedterminowego zwolnienia.

 

Prowadziłem też korespondencję z Prokuraturą Rejonową w Białymstoku w sprawie wszczętego postępowania dotyczącego pożaru, w którym śmierć poniosła zamieszkała na parterze Raisa Popławska. Zażądałem od Prokuratury Rejonowej w Białymstoku objęciem nadzoru nad moim mieniem pozostawionym w palącym się domu po zatrzymaniu mnie przez Policję. Powiadomiono mnie, że nadzór został przekazany Policji w Wasilkowie. W ramach dochodzenia został powołany biegły zakresu medycyny oraz ochrony przeciwpożarowej.

 

W trakcie mojego pobytu w Areszcie Śledczym w Białymstoku zetknąłem się z wieloma nieprawidłowościami sądowymi oraz więziennymi. Jeden z osadzonych został zatrzymany, nie otrzymując protokółu zatrzymania, a jednak osadzony bez żadnej dokumentacji. Wychowawca nie znał nawet sygn. akt sprawy sądowej. Wg mojej wiedzy stan taki trwał do końca odbywania przez niego kary 100 dni pozbawienia wolności. Znam jego personalia. Odpowiedzialny za ten stan był Przewodniczący IV Wydziału Penitencjarnego oraz Nadzoru nad Wykonywaniem Orzeczeń Karnych Sądu Okręgowego w Białymstoku sędzia Mariusz Pankowiec. Procedowanie w zakresie możliwości odbywania wyroków w formie SDE odbywało się z jaskrawym naruszeniem prawa.

 

Kiedy czekałem na opuszczenie więzienia, przechodził obok mnie wychowawca. Udawał, że mnie nie widzi. Zapewne zdziwił się, że wychodzę siedem dni przed terminem. Udowodniłem swoją postawą, że system penitencjarny żydowskiej władzy okupacyjnej nie jest właściwym miejscem dla mnie. W cytowanym już piśmie procesowym z 26 marca 2021 r. przedstawiłem obszerniej mój pobyt w Areszcie Śledczym w Białymstoku. Można się z nim zapoznać w załącznikach. 9 lutego 2022 r. po południu opuściłem więzienie w Białymstoku.

Tekst skopiowany ze strony zrutka.pl