Z białostockich wspomnień: Golem i Praczki


Miejscem, które dawało poczucie bezpieczeństwa mojemu prawdziwemu i wyimaginowanemu światu dzieciństwa była dzielnica Mickiewicza. Od dziś, niezależnie od tego w jakim miejscu Europy znajdę się po wielu dniach podróży czy wiedziona literackim impulsem wędruję po egzotycznych bezdrożach… mam przed oczyma Praczki…

praczki2

Pamiętam, że ta najbardziej pochylona, najbardziej spracowana była moją ulubioną. Pierwsza z lewej – smukła, jakby trochę nieobecna nigdy nie wzbudzała mojej sympatii. Miałam wrażenie, że złośliwie przysłuchuje się rozmowie dwóch pozostałych… wyprostowana – czuje swą wyższość „bo z takimi chłopaczyskami, o których Andzia z Wandzią rozmawiają, to ona by się nigdy nie umówiła”.

Środkowa skłania się ku praczce po prawej, która zamiast skłębionymi zwałami pościeli – zajęła się rozmową. A ta najbardziej pochylona… o nieprzeniknionej twarzy…. zawsze myślałam, że jest moja….jak moja lalka w ażurowej sukni z tiurniurą, jak  moja książka z najulubieńszymi baśniami w jeszcze przedwojennym wydaniu. Ulubiona praczka, z którą sama chciałabym porozmawiać.

Zastanawiałam się też, jako mała dziewczynka ile każda z  tych praczek ma lat. W kim są zakochane? Co robią po pracy? Czy mają rodzeństwo?

Rzeźba powstała na rok przed wybuchem II wojny światowej dłutem Stanisława Horno –Popławskiego. Ale czy mała dziewczynka widziała w nich tylko rzeźbę? Pamiętam moje przerażenie, kiedy  w 2000 roku w ciągu jednej nocy zniknęły z parku.

Okazało się potem,  że głowa jednej została ułamana, jednak uszkodzenie zostało szybko naprawione. W trzy lata później doszło do kolejnej dewastacji pomnika. Jedna z trzech figur została przepołowiona i Praczki znów zniknęły. Teraz, po latach, kiedy wracam do Białegostoku idę przywitać się z wszystkim trzema, nie jestem już na żadną obrażona.

Nieopodal praczek prowadziło wiele ważnych tras mojego dzieciństwa, choćby poprzez pobliską altanę ( którą po kilku latach  – w czasach mojej  fascynacji Beatlesami nazwałam Liverpoolem), tamtędy  biegałam wydeptaną ścieżką w kierunku fontanny.

Pamiętam tłumy dzieci, rodziców, dziadków, którzy przychodzili podziwiać „obudzone” fontanny w parku. Mówiąc językiem dorosłych  – za przyczyną „kolorowych reflektorów oświetlenia podwodnego i układu sterowanych tryskaczy”. Fontanny znów zasnęły na pewien czas, a przechodzący obok spacerowicze przemykali nieswojo. Wodne anioły dawały im wcześniej poczucie bezpieczeństwa, teraz czuli się bezdomni bez zadaszenia z kropelki wody, która zatrzymywała się nad ich głowami.

Gdybym znów jako mała dziewczynka spojrzała na pląsające fontanny, naliczyłabym ich dziewięćdziesiąt sześć czerwonych, białych, zielonych, niebieskich i żółtych.fontanna

Idąc wzdłuż fontann na białostockich Plantach kuliłam zawsze ramiona wiedząc, że za chwilę zobaczę  STRASZNY pomnik. Ciosani, kamienni żołnierze napawali mnie wyjątkowym lękiem… gdy pierwszy raz przeczytałam opowieść o Golemie, ich postacie zaczęły odradzać się w lepkości gliny.   Kiedy indziej czułam się trochę jak Guliwer w krainie olbrzymów – martwych olbrzymów. Straszyli oni dzieci już  siedemnaście lat przed moim urodzeniem pod kryptonimem „Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej”.

Teraz zmierzam w kierunku Filharmonii…a tam właśnie, w kilka lat później…

Marta Cywińska

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.