Spartanie byli waleczni? Poczytajcie o Polskiej Husarii


Chocim7 września 1621 roku, szarża około 600 husarzy rozbiła i spędziła z pola około 10 000 żołnierzy Imperium Osmańskiego, na widok czego młody sułtan Osman II rozpłakał się z bezsilności.

Chwalicie Spartan którzy w bitwie pod Termopilami bronili się zaciekle, bo znacie to z filmu „300″, ale nie znacie Polskich herosów gdyż nikt nie zrobił o tym żadnego dzieła, a szkoda.  Spartanie bronili się zaciekle i ponieśli klęskę, a Polskie oddziały Husarii atakowały Tureckie wojska pod Chocimiem równie liczne jak Perskie pod Termopilami i odniosły ogromne zwycięstwo, a było to tak:

Turcy uszykowali swoje szyki, […] 15 000 ludzi ponownie wyciągnęło w pole i z wielką siłą, i gwałtownością ruszyło prosto w kierunku bramy polskiego obozu, gdzie stacjonował hetman polny [Stanisław Lubomirski], jako że były tam 2 bramy od strony tureckiej.
Przy innej bramie stał hetman [Jan Karol Chodkiewicz]. W bramie hetmana [Chodkiewicza], jako dzienna straż stały 3 roty [husarii], które niczego się nie spodziewały. Ale widząc, że niewierni poszli prosto na bramę hetmana polnego [Lubomirskiego], w mgnieniu oka hetman [Chodkiewicz] ruszył konno przeciwko nim.
Wtedy owe 3 roty [husarii], widząc wielki zapał hetmana [Chodkiewicza], nie dopuściły aby ruszył on [samotnie] do walki. Ale naprzód kasztelan połocki i Prokop Sieniawski zaatakowali nieprzyjaciela swoimi chorągwiami, zrobiła to również chorągiew [husarska] hetmana [Chodkiewicza], która była tam jako rezerwa.
Wzywając Boga na pomoc, 300 ludzi [husarzy]  rzuciło się do walki tak, że żadna z ich kopii nie pozostała pusta, ponieważ mocnymi dłońmi potkali się jedni z drugimi, od razu [uderzając] ze skrzydła a nie z frontu. I każdy z nich powalił 2-3 ludzi, gdyż taki tam był ścisk. Potem wyciągnęli pałasze i zabili tylu ilu chcieli. Kiedy niewierni [Turcy] to zobaczyli, ratowali się ucieczką, tratując się nawzajem. A nasi ludzie ścigali ich aż do obozu Turków, bijąc  ich i zabijając. […] Wśród Turków poległo mniej więcej 1200.”

Tak o szarży husarii 7 września 1621 roku  pisał Auxent, ormiański tłumacz i uczestnik bitwy. W rzeczywistości szarżowały 4 chorągwie husarii o liczebności do 600 koni, spędzając z pola około 10 tys. nieprzyjaciół.

Starcie to szczegółowo opisał w książce „Niezwykłe bitwy i szarże husarii” dr Radosław Sikora

Był to bardzo spektakularny moment, jednak ta batalia, to przede wszystkim ciche zmagania o przetrwanie zgromadzonych na polach chocimskich ludzi i koni, a nie spektakularne akcje militarne. I o tym jest niniejszy artykuł. Zanim jednak opowiem o tym, jak zmieniała się sytuacja aprowizacyjna wojsk Rzeczpospolitej, warto kilka słów powiedzieć o jej liczebności.

Jak liczne było wojsko Rzeczypospolitej, zablokowane w chocimskim obozie, na ówczesnej granicy Polski i Mołdawii? W źródłach spotyka się wiele, dość znacznie różniących się od siebie liczb, które jednak wcale nie muszą być ze sobą sprzeczne. Rzecz w tym, że ówczesną armię można opisać na kilka sposobów. I tak, najczęściej podawało się etatową liczbę wojska, czyli liczbę stawek żołdu przeznaczonych na opłacenie tej armii. Tyle, że etatowa liczebność wojska nigdy nie odpowiadała jej wielkości rzeczywistej. Cóż z tego, że wiemy, iż na przykład jeden z rejestrów wojska walczącego pod Chocimiem, wyliczając jego skład, podaje liczbę 72 510, skoro ma się ona nijak do rzeczywistej liczby żołnierzy? Tę ostatnią, Albrycht Stanisław Radziwiłł, który będąc podkanclerzym litewskim, w czasie bitwy towarzyszył polskiemu królowi Zygmuntowi III Wazie, szacował na zaledwie 40 000. Z drugiej strony, rzeczywista liczba żołnierzy nie była równa liczbie ludzi w obozie. Ta, ze względu na obecność luźnej czeladzi, a także ciągnących z wojskiem dzieci i kobiet, była znacznie wyższa. Wydaje się, że rację mają te źródła, które całkowitą liczebność wojsk Rzeczypospolitej zamkniętych w obozie chocimskim szacują na 100 000.

100 000 – tyle ludzi trzeba było wykarmić w zablokowanym przez wojska osmańskie obozie Chodkiewicza. Nie wszyscy jednak weszli do obozu w jednym dniu. Koncentracja wojsk trwała nieco ponad miesiąc, gdyż pierwsze oddziały zajęły teren przyszłego obozu już 1 sierpnia, a ostatnie dotarły tam dopiero w pierwszych dniach września. Zanim doszło do walk, sytuacja już była niezadowalająca. Brakowało żywności i paszy. Jedni żołnierze głodowali, inni dojadali przywieziony na wozach prowiant, wielu chorowało na dyzenterię, niektórzy umierali. Naturalnym w tej sytuacji sposobem uzupełnienia braków byłoby splądrowanie podległej sułtanowi Mołdawii. I rzeczywiście, jedna z czat, która opuściła obóz 10 sierpnia, powróciła doń trzy dni później prowadząc kilkaset sztuk zrabowanego bydła. Ale 18 sierpnia Chodkiewicz surowo zakazał nękać mieszkańców chrześcijańskiej Mołdawii, co spotkało się z niezadowoleniem wojska.

W trakcie oblężenia sytuacja aprowizacyjna uległa pogorszeniu, choć próbowano temu przeciwdziałać na różne sposoby. I tak na przykład Kozacy płynęli w górę Dniestru (Chocim leży nad tą rzeką) i spławiali stamtąd do swojego obozu tratwy z żywnością. Stało się to w pewnym momencie powodem problemów reszty wojska, bo 25 września tratwy te zerwały most łączący obóz wojsk litewsko-polskich z polskim brzegiem Dniestru.

Innym sposobem uzupełnienia braków żywnościowych, były próby sprowadzenia jej z oddalonego o ponad 20 km Kamieńca Podolskiego. W trakcie bitwy zorganizowano kilka wypraw do tego miasta. Lecz dopiero ostatnia, która rozpoczęła się 23 września, zakończyła się częściowym sukcesem. Mikołaj Kossakowski, któremu powierzono tę misję, niepostrzeżenie dla nieprzyjaciela, który zajęty był odpieraniem ataku Kozaków, nocą opuścił obóz pod Chocimiem. Szło z nim 3000 ludzi – tak żołnierzy, jak i luźnej czeladzi. Trudniejszy był powrót, gdyż przeciwnik wiedział już o jego konwoju. Kossakowskiemu udało się jednak wymanewrować czyhające na niego oddziały wroga i 1 października wprowadził do obozu wozy z żywnością. Niestety, główny cel jego misji, czyli dostarczenie prochu i kul, nie powiódł się. Kossakowski przywiózł ledwie dwie beczki prochu, a jakiś chłop z Kamieńca Podolskiego przyniósł kilka kul w worku. Trzeba tu wyjaśnić, że po odparciu gwałtownych tureckich szturmów 28 września, Litwinom i Polakom miała pozostać ledwie jedna beczka prochu i „sztuczek parę ołowiu”. Znacznie lepiej w proch zaopatrzeni byli Kozacy, bo jeszcze 13 października, żegnając królewicza Władysława Wazę, przez dwie godziny strzelali na wiwat. Na szczęście szturmy z 28 września były już ostatnią, tak poważną, próbą zdobycia obozów wojsk chrześcijan. Po tym dniu walki niemal wygasły.

Ostatnim sposobem poprawienia sytuacji aprowizacyjnej, było zdobywanie jej na nieprzyjacielu. W trakcie bitwy chocimskiej wielokrotnie urządzano zbrojne „wycieczki” do obozów przeciwnika, porywając tam bydło, konie i wielbłądy. W akcjach tych szczególnie odznaczyli się Kozacy.

Wszystkie te metody były jednak dalece niewystarczające. Z powodu głodu, niewypłaconego żołdu i zwykłego strachu panowała duża dezercja. Jan Czapliński, czyli polski uczestnik bitwy, szacował, że do 18 września zdezerterowało 10 000 ludzi. Inny polski uczestnik tej bitwy podał, że w jej trakcie zdezerterował co trzeci kawalerzysta. Przy etatowej liczebności zaciężnej jazdy litewskiej i polskiej wynoszącej nieco ponad 19 000 porcji, oznacza to, że liczba dezerterów musiała iść w tysiące. Przy czym w zdecydowanej większości uciekali pocztowi, gdyż zachowana do naszych czasów lista towarzyszy, którzy zdezerterowali w trakcie tej kampanii, obejmuje 500 nazwisk.

Ale dezercja, w szczególności kawalerii, nie była jedynym problemem Chodkiewicza i Lubomirskiego. Fatalna była bowiem sytuacja piechoty niemieckiej, która masowo umierała z głodu i od chorób. Już w drodze na Chocim piechota ta mocno chorowała. W czasie bitwy zdarzały się wśród niej nawet przypadki samobójstw spowodowanych skrajnym wygłodzeniem. Straty w tym rodzaju wojska były olbrzymie. Jak notował jeden z zaciężnych Niemców, w połowie września regiment piechoty niemieckiej Jana Wejhera, liczył sobie 500 – 600 żołnierzy. To ledwie 1/4 jego etatowej liczebności, która wynosiła 2200 porcji.

Stan piechoty, a w szczególności piechoty niemieckiej, po ponad miesięcznym oblężeniu był tragiczny. Jeżeli wierzyć anonimowemu, polskiemu uczestnikowi bitwy, gdy skończyły się działania zbrojne, w obozie chocimskim było ledwie nieco ponad 2000 piechoty, gdyż „jedni pomarli, jako Niemcy, drudzy pouciekali dla nędze”. To wszystko przy etatowej liczebności tego rodzaju wojska, wynoszącej nieco ponad 14 000 porcji, z czego 6450 porcji piechoty niemieckiej. Koniec bitwy nie był jednak końcem problemów żołnierzy. Inny uczestnik tych wydarzeń, Jakub Sobieski, pisał, że gdy Niemcy opuścili obóz, to byli w tak złej kondycji, że „wiatr prawie ich powiewał”. Auxent, czyli ormiański mieszczanin Kamieńca Podolskiego stwierdził, że w jego mieście, już po bitwie zmarło 1700 jej uczestników, to jest piechurzy niemieccy i pacholikowie, czyli czeladnicy. Na dalszej drodze Niemców znalazł się Lwów, gdzie ich marsz opisano jako pochód „szeregów trupów”. W mieście tym, w jednym tylko szpitalu św. Łazarza zmarło więcej niż 2000 ludzi, choć nie tylko Niemców, ale także i innych uczestników kampanii chocimskiej. Zdaniem Auxenta z 8000 piechoty niemieckiej 5000 zmarło czy to w obozie pod Chocimiem, czy też w drodze z obozu do Lwowa.

Stosunkowo nieźle oblężenie zniosła kawaleria litewska i polska. Co prawda i ona nie uchroniła się strat, zwłaszcza wśród chorujących i głodujących koni, ale jeszcze 13 września jej część była na tyle dobrze zaopatrzona, że potrafiła dzielić się z Kozakami czy to sucharami, czy też sianem. Kawaleria Zaporożców, którą liczono na 5000 koni, miała się znacznie gorzej. Kozacy przybyli pod Chocim tuż przed wojskami osmańskimi i dlatego ich sytuacja aprowizacyjna była szczególnie ciężka, gdyż nie zdążyli przygotować zapasów siana dla swoich koni. Jedno ze źródeł notuje, że do 14 września Zaporożcom „konie wyzdychały”, co nie do końca było prawdą bo w tym samym czasie 300 koni kozackiej artylerii swoim sianem karmił Stanisław Lubomirski. Mimo to straty wśród koni i to nie tylko koni Kozaków, były olbrzymie. Wspomniany już zaciężny Niemiec notował, że przed 29 września w obozach wojsk Rzeczypospolitej zdechło 24 000 koni. Czapliński podał jeszcze wyższe dane. Jego zdaniem, do 18 września zdechło 50 000 koni. Jemu samemu do 25 września zdechło 18 koni. Z kolei Auxent uważał, że wielu z tych, którzy zaczynali tę wojnę mając 10 koni, kończyło ją z dwoma – trzema, a czasami żadnym.

W oblężonym obozie brakowało paszy. Gdy nie było już siana, konie karmiono liśćmi i zmieloną korą dębową. Wysyłano co prawda luźną czeladź poza obóz, aby ścinała trawę, ale to nie wystarczało dla tak licznej armii, zwłaszcza, że część tej czeladzi wpadała w ręce polujących na nią Tatarów. Po trawę, na polski brzeg Dniestru, regularnie przeprawiały się kilku – kilkunastoosobowe grupki Kozaków, staczając o nią boje z Tatarami.

Dzięki Janowi Czaplińskiemu znamy ceny, jakie płacono za niewielkie bochenki chleba o jakości „jak glina”. I tak 18 września chleb taki kosztował 20 groszy, a 1 października już 30 – 40 groszy. Również 1 października kwarta gorzałki i to takiej jakości, że „mógłby nią garki płukać” kosztowała 3 złote (czyli 90 groszy), główka kapusty 10 groszy, 1 jajko 5 groszy. Zbliżone ceny podaje Auxent. I tak, jego zdaniem, bochenek chleba, który normalnie kosztował 1 akcze (nieco ponad 1 grosza), sprzedawano za 20 groszy. Cebula kosztowała 1 grosz, jajko 1 grosz, garniec miodu 24 grosze, kwarta gorzałki 3 złote (czyli 90 groszy), ryba 12 groszy, kwarta octu 20 groszy, główka czosnku 1 grosz, ser 24 grosze, 2 kwaśnice (jogurty?) 1 grosz, główka kapusty 10 groszy. Były to ceny kilkadziesiąt razy wyższe niż te, które w tym samym czasie panowały w oddalonych od Chocimia miastach polskich. Za to, jak podkreślał Auxent, wołowina była tania, gdyż Kozacy regularnie zdobywali bydło i sprzedawali je w polskim obozie.

To wszystko przy miesięcznym żołdzie wynoszącym: 5 zł (czyli 150 groszy) dla piechura polskiego, 6 zł (czyli 180 groszy) dla piechura niemieckiego, 10 zł (czyli 300 groszy) dla husarza i rajtara. Żołdzie, który nie wypłacono ani przed, ani w trakcie bitwy. Jakby tego było mało, nie wszystko można było kupić. Na przykład już 18 września piwo było nie do kupienia. Brakowało też soli.

Warto na końcu zadać pytanie – skoro sytuacja aprowizacyjna wojsk Rzeczypospolitej przedstawiała się aż tak źle, to dlaczego sułtan nie wygrał tej wojny? Odpowiedź jest banalna. Z jednej strony wszystkie szturmy prowadzone do obozów wojsk kozacko-litewsko-polskich spełzły na niczym. A z drugiej strony przygotowanie armii osmańskiej do tej wojny było równie słabe co jej przeciwników. Już maszerująca pod Chocim armia sułtana głodowała. W trakcie bitwy, choć to nie ona była zamknięta w okopach, miała bardzo poważne trudności z zaopatrzeniem w żywność.  Okoliczni mieszkańcy uciekli przed żołnierzami, rzecz jasna zabierając ze sobą dobytek i prowiant. Nawet poddani sułtana, czyli Mołdawianie, uciekli przed jego armią w góry, urządzając sobie polowania na pomniejsze grupy osmańskich picowników. A ponadto nadchodząca zima (pierwszy śnieg pod Chocimiem spadł 27 września) wróżyła poważne kłopoty wojskom przywykłym do znacznie cieplejszego klimatu i nieprzygotowanym do zimowej kampanii. Sułtan w trakcie tej wojny poniósł jeszcze cięższe straty niż wojska Rzeczypospolitej. Według raportu Thomasa Roe, angielskiego posła w Stambule, w  armii osmańskiej, z głodu, chorób, zimna i od oręża zmarło aż 80 000 ludzi i ponad 100 000 koni. Dla wojsk liczących łącznie około 150 – 160 000 ludzi (z czego około 50-60 000  żołnierzy), były to straty gigantyczne. Chyba jedynie posiłkowe wojska tatarskie (około 50 000 ludzi, z czego kilkanaście tysięcy wojowników) nie mogły za bardzo narzekać na wynik tej wojny. To nie one ponosiły jej główny ciężar, a panując w polu, miały paszy pod dostatkiem. Co więcej, Tatarzy urządzali dalekie rajdy w głąb ziem koronnych, paląc, plądrując i biorąc w jasyr wielu ludzi. Tylko, że te działania nie mogły przesądzić o wyniku całej wojny.

Dr Radosław Sikora

 „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Nas Polaków pozbawiono korzeni w czasie wojny mordując inteligencję i szlachtę jaka się ostała po licznych powstaniach i I wojnie światowej, a tych których nie zamordowano w czasie wojny i zaraz po niej, skazano na wygnanie za chlebem i spokojem daleko od Polski. Teraz wymazują naszą tożsamość wmawiając nam że jesteśmy nieudacznikami historycznymi, a kto nam taką historię podsuwa? Obcych herosów lansują na siłę pseudo-historycy  jednocześnie naszych bohaterów grzebią w zapomnieniu. Kim są ci historycy i „bajkopisarze”? Za ile srebrników się sprzedali i jaki mają w tym cel?
Za ile się sprzedali nie wiem, ale wiem jedno, że większość z nich nie jest polakami tylko lisami farbowanymi „bez napletków” którzy tylko noszą polskie nazwiska dla niepoznaki. Oszukują nas i zwodzą, bo ich ojcowie i dziadkowie rękoma siepaczy NKWD i UB przetrącili nasz kręgosłup narodowy, ale dość tego. Nie pozwólmy im na to i zacznijmy się dopominać o naszą prawdziwą historię i tożsamość, bo „Kto nie zna historii, skazany jest na jej powtórne przeżycie…”

JP

 

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.