Pomóżmy Patrykowi


Witam Serdecznie
Mam na imię Patryk, jestem 22-letnim niepełnosprawnym ruchowo chłopakiem z niezamożnej rodziny mieszkającej w Chełmnie, niewielkim miasteczku województwa Kuj-Pom, w której życie polega na codziennym zmaganiu się z wieloma problemami.
W 2008 roku, w wieku 17 lat uległem wypadkowi samochodowemu tracąc zdolność poruszania się.
plakat o pomoc
Proszę i szukam ludzi, instytutów, klinik, szpitali, fundacji, firm, organizacji, korporacji, którzy/które są w stanie zaoferować jakąkolwiek formę bezinteresownej pomocy.
Z góry dziękuję  za bezinteresowne zainteresowanie się mą sytuacją i w miarę możliwości udzielenia mi wsparcia, oraz propagowania udzielania pomocy zarówno mnie, jak i osobą znajdującym się w sytuacji analogicznej do mojej.
Sytuacja jest wieloaspektowa, problematyczna i zawiła.
Postaram w miarę jasno określić swe potrzeby, oraz w miarę możliwości zobrazować moją sytuację. Prosiłbym o podejście do mej sytuacji w sposób empatyczny. Życie jest tylko jedno… Chciałbym aby jego reszta nie była przepełniona goryczą związaną z mą sytuacją. Nie chodzi tutaj tylko o mnie. Chciałbym, aby moja rodzina czuła harmonię, której niestety czasami brakuje, ze względu na dezorganizacje spowodowaną mą sytuacją. Mnie osobiście najbardziej przytłacza skrajne poczucie winy.
Na dzień dzisiejszy postać pomocy, która jest mi wręcz niezbędna do życia i radzenia sobie z codziennością, to: żywność, nutri-drinki. Potrzebowałbym także prywatnego fizjoterapeutę (dochodzącego do mojego mieszkania), bowiem w publicznej placówce zdrowotnej w mym mieście zapisy na domową rehabilitacje odbywają się pod koniec roku i są to w chwili obecnej zapisy na 2015 rok. Dojście do tejże placówki jest dla mnie trudne, bowiem droga jest górzysta i dość długa.
Oto opis uogólniający sytuację, w której się znalazłem:
Opiekuje się mną mama, ojczym jest niepełnosprawny, choruje od 15 lat, pracuje w zawodzie stróża obiektu będącego w trakcie budowy, w mieście Toruń. Mieszka z Nami również mój starszy brat, który na dzień dzisiejszy stara się o jakąkolwiek pracę, choć praca, która dawałaby mu poczucie spełnienia, to praca jako kierowca. Czasami bywa, że w związku z wypadkowymi sytuacjami, musimy ograniczać nasze wydatki do poziomu niegodnego obywatela cywilizowanego kraju.  Nie jest Nam łatwo się utrzymać, jak też sprawnie obchodzić się z niedogodnościami związanymi z moim inwalidztwem. Spowodowane jest to Naszymi warunkami mieszkaniowymi (na 4 osoby przypada 38 m2, w postaci kuchni, łazienki i jednego dużego pokoju).
Moje zdolności manualne są niewielkie, sprowadzają się one do samodzielnego posilania się, rzecz jasna posiłkami gotowymi. Z trudem obsługuję notebook`a, który jest jedyną rzeczą sprawiającą mi odrobinę przyjemności, pozwalającą mi oderwać się odrobinę od myślenia o tym, co się stało, jaka jest Nasza sytuacja obecnie i co jeszcze może się nam przytrafić.
Poczucie winy o którym wspomniałem wyżej spowodowane jest u mnie świadomością, że przez moją burzę hormonów związaną z moim wiekiem, presji społecznej wywołanej powstaniem gimnazjów i różnic między klasami finansowymi rówieśników, w chwilę moje zwyczajne życie zmieniło się w życie pełne smutków, cierpienia, niepewności. Chciałem zaimponować swoją przejażdżką, dowartościowując się tym samym. Gdybym choć trochę zastanowił się nad tym, w jaki sposób narażam siebie i nad konsekwencjami jeżdżenia samochodem bez odpowiedniego obycia się, i skonfrontował to z tym, jakie ewentualne korzyści przyniesie mi „popisywanie się” w ten sposób, uważałbym to za skrajny przejaw głupoty z mej strony. Nigdy moje sumienie nie daruje mi tego, co się stało. Właściciel auta, który był w samochodzie w czasie gdy prowadziłem, by nie odpowiadać za udostępnienie samochodu osobie nieletniej i bez uprawnień, pomówił mnie o kradzież samochodu, powołując jednocześnie członków swej rodziny na świadków tegoż zdarzenia. Członkowie jego rodziny złożyli fałszywe zeznania, obciążając mnie tym samym. Postępowanie zostało umorzone. Jednak nie było to dla mnie satysfakcjonujące, wręcz poczułem się poniżony, odrzucony. Uogólniając, uwierzono w przedstawione zeznania w dochodzeniu prokuratorskim, co prawda prokuratura nie zajmuje się osądzaniem, lecz czułem się z góry osądzony. Najbardziej po przeczytaniu tego listu zabolało mnie pewne zdanie. Było napisane, że sam sobie już wymierzyłem karę za to przestępstwo. Jak można opierając się tylko na zeznaniach kilku osób, które są rodziną osoby, która co prawda składa zawiadomienie o przestępstwie, pisać do kogoś takie rzeczy… I robi to instytucja, która powinna działać dla człowieka, nie przeciw niemu. Przecież wystarczyłoby spojrzeć na to z innej perspektywy. Ja za to co zrobiłem naprawdę mógłbym dostać maksymalnie mandat 500 złotych. Za to facet, który to sobie moim kosztem sprytnie przemyślał, zagrożony był odpowiedzialnością karną za 2 czyny. Za udostępnienie osobie nieletniej samochodu, oraz za nieumyślne spowodowanie kalectwa. Pismo z prokuratury otrzymałem niedługo po tym jak wyszedłem ze szpitala w Chełmnie i wróciłem do swego domu. Małymi krokami zacząłem oswajać się z sytuacją która mnie dotknęła. Niestety poczułem się załamany gdy dostałem ten list. Miałem wypadek, co prawda jako nieletni, lecz był to wypadek, a prokuratura przedstawiła mi w sposób dosadny to, że uważają mnie za złodzieja/przestępce. Strasznie mnie to zdołowało. Myślałem, że w prawo można wierzyć.
We wrześniu, w dniu wypadku, doznałem urazu trzonów kręgowych C6, C7 z uszkodzeniem rdzenia, co zdaniem lekarzy będzie skutkować dożywotnią tetraplegią. Zostałem operowany w Toruniu, tak szybko, jak to było możliwe. Niespełna miesiąc po operacji, ordynator stwierdził, że mój stan zdrowia jest stabilny, a ma wydolność fizyczna adekwatna jest do możliwości rozpoczęcia rehabilitacji. Następstwem tego było przetransportowanie mnie do szpitala w Grudziądzu, celem rehabilitowania mnie. Niestety, gdy rozpocząłem terapię rehabilitacyjną, mój stan zdrowia drastycznie się pogarszał. Po 4 dniach nieudolnej rehabilitacji, stwierdzono, że mój stan jest na tyle poważny, że muszę zostać przeniesiony na OIOM w tymże szpitalu. W ciągu 2 dni mój stan nieco się polepszył, zadecydowano o podjęciu dalszej rehabilitacji. Czułem, że nie jest to dobry pomysł. W ten sam dzień, gdy zacząłem ponownie odbywać rehabilitację, ponownie zostałem przeniesiony na OIOM. Następnego dnia skierowany zostałem na oddział dziecięco-młodzieżowy, celem usprawnienia mego organizmu, by radził sobie z obciążeniem związanym z rehabilitacją. Kiedy mój stan się trochę poprawił, a nastąpiło to mniej więcej po tygodniu, ponownie podjęto decyzję o rehabilitowaniu mnie. Tym razem nie miałem przykrych doświadczeń z tym związanych. Rehabilitacja przebiegała dość sprawnie, trwała ona niespełna 2 miesiące. Podczas pobytu w szpitalu w Grudziądzu wykryty został u mnie wirus zapalenia wątroby typu B. Analizując mój stan przed wypadkiem, skłonny jestem twierdzić, że wirus ten musiał zostać wdrożony do mojego organizmu bezpośrednio po wypadku, ze względu na liczne obrażenia otwarte, bądź podczas operowania mnie/wykonywania przy mnie czynności zabiegowych.
Odnośnie tego co pisałem na wstępie powyższego akapitu, wydaje mi się oczywistym, że w szpitalu Toruńskim mój przypadek nie był odpowiednio/należycie rozpatrywany. Przykładem tego jest chociażby określenie mego stanu, jako zdolny do rehabilitacji. Była również sytuacja, w której najprawdopodobniej przez zwykłe niedopatrzenie narażono mnie na dalsze powikłanie stanu mego kręgosłupa i rdzenia kręgowego. Mianowicie chodzi o niezałożenie mi kołnierza ortopedycznego po operacji. Poczułem również zagrożenie związane z jego brakiem, gdy podjęto decyzje o przewiezieniu mnie do Grudziądza.
Chciałbym jeszcze poruszyć pewien aspekt dotyczący niekompetencji pracowników służby zdrowia w Chełmnie. Piszę o tym bezinteresownie, pragnę tylko zwrócić uwagę na to, że tak humanitarny zawód, jak lekarz/pielęgniarz/ratownik itd. nie powinien być w najmniejszym stopniu dotknięty niekompetencją. Przedstawiam 3 sytuacje, których wpływ na moją psychikę był tak silny, że odczuwam lęk przed trafieniem do Chełmińskiego szpitala:
Sytuacja pierwsza:
Po zakończeniu okresu rehabilitatywnego w Grudziądzu, zostałem przewieziony do szpitala w Chełmnie celem dalszej rehabilitacji. Cieszyłem się tym samym wiedząc, że rodzina, jak i koleżeństwo, będą mogli mnie częściej odwiedzać. Pobyt w szpitalu był dla mnie dozą pozytywnych emocji, gdyż codziennie  ktoś przychodził mnie odwiedzać. Wracając jednak do sedna, po wyjściu ze szpitala zostałem przytłoczony dozą przykrych emocji, jak i bardzo złego samopoczucia. Gdy leżałem w szpitalu, me zdrowie zaczęło się pogarszać w sposób dla mnie nieświadomy. Gdy wyszedłem ze szpitala w Grudziądzu, miałem delikatne zmiany odleżynowe w obrębie mięśnia uda  jak i pośladkowego na lewej nodze. Gdy trafiłem do Chełmna, personel szpitalny wiedząc o tychże zmianach, zezwalał mi, nieomieszkam użyć nawet stwierdzenia, był przychylnie nastawiony odnośnie spędzania przeze mnie czasu wolnego od rehabilitacji na wózku inwalidzkim. Spędzałem na nim przeważającą część dnia. Dni mijały, moja zmiana odleżynowa (którą pod koniec pobytu w szpitalu bez wahania można było już nazwać raną) stopniowo się poszerzała, przy czym nie byłem tego świadomy. Poskutkowało to martwicą tkanek wdrażającą się dośrodkowo, oraz infekcją 2 szczepów gronkowca.
Sytuacja druga:
Miałem wizytę lekarską w domu, gdyż miałem gorączkę. Lekarz zadecydował o skierowaniu mnie na oddział chorób wewnętrznych do szpitala w moim mieście. Po niedługim czasie od przyjęcia mnie na oddział, postawiono niewłaściwą diagnozę. Wdrożono leczenie na moczówkę prostą. Po około 2 dniach nieudolnego leczenia doznałem powikłań w postaci ataków epileptycznych. Postanowiono o przewiezieniu mnie na oddział kliniczny endokrynologii. Po dobie testów pod kątem zdiagnozowanej choroby w Chełmnie, okazało się, że jestem zdrowy.
Sytuacja trzecia:
Sytuacja ta miała miejsce podczas jednej z  rehabilitacji szpitalnych w Chełmnie.  Pewna pielęgniarka, która nigdy nie wymieniała cewnika, postanowiła spróbować poszerzyć swe umiejętności praktyczne. Trafiło na mnie. Grzecznie ująwszy mogę powiedzieć, że egzaminu nie zdała. Jej błąd polegał na tym, że wypełniła balon utrzymujący rurkę odprowadzającą w cewce moczowej. Zaraz po założeniu cewnika zwróciłem uwagę na to, że cewnik jest zbyt wysunięty. W następstwie postanowiła go wyciągnąć. Gdy wyciągnęła cewnik, zacząłem bardzo intensywnie krwawić. Pielęgniarka… ciężko mi pisać o niej pielęgniarka. W efekcie ta miła i będąca dosadnym przykładem Chełmińskiego personelu medycznego Pani postanowiła jeszcze wmawiać mi, że krew, która leci pochodzi z odleżyny (o której przedłożyłem również nienaganną historię wyżej). Do dzisiaj nie mam pojęcia co chciała osiągnąć tym kłamstwem. Oczywistym było przecież, że prawda lada chwila wyjdzie na jaw. Za moment zjawiła się lekarka, chwilę później chirurg. Postanowiono o natychmiastowym przewiezieniu mnie do szpitala w Grudziądzu na oddział urologii. Tam założono mi cewnik w normalny sposób. Zalecono, żeby personel szpitalny w Chełmnie dopilnował, aby cewnik był regularnie przepłukiwany, gdyż istniało zagrożenie powstaniem skrzepu. Ciężko aż w to uwierzyć, lecz Chełmiński szpital po raz kolejny pokazał, z czego powinien słynąć. Gdy trafiłem na oddział rehabilitacji, mocz nie schodził do worka, doznałem zakażenia ogólnego organizmu (kwestia zalecenia przepłukiwania cewnika, jak i ryzyko powstania skrzepliny zostały praktycznie zbagatelizowane). W następstwie zostałem przeniesiony na oddział chorób wewnętrznych.  Przez około tydzień od przeniesienia mnie na oddział chorób wewnętrznych nie uchodziła ze mnie prawie że jakakolwiek ilość moczu. Moja mama w desperacji tak długo gniotła ten cewnik, aż przepchała te skrzepy. Przez kilka następnych dni oddawałem coś pomiędzy 5-6 litrów moczu. Zakażenie organizmu ustąpiło z tego co pamiętam 10 dni później.
Dzięki uprzejmości Niezależnych Mediów Podlasia, które zamieściły na stronie moją prośbę i plakacik z danymi: do odpisania 1% z podatku, jak też z danymi do przekazywania darowizn. Na plakaciku zawarte również są moje dane osobowe, jak i kontaktowe.

Jeśliby zdołaliby Państwo wspomóc mą sytuację, bądź pomoglibyście mi ją upubliczniać , czy też odpisali mi 1% podatku za ten rok.  Jeśli zaś nie będziecie mogli tego uczynić, to zrozumiem.
Z radością i wielkim sercem przyjmę jakąkolwiek pomoc.Dziękuję za poświęcony czas na zapoznanie się z moją sytuacją.
Pozdrawiam, Patryk.
Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Pomóżmy Patrykowi

  1. Joanna K. mówi:

    Chłopiec ma talent pisarski …naprawdę. Pięknie, przekonująco i logicznie prowadzi narrację o własnej, przecież krańcowo trudnej sytuacji. Chcę powiedzieć: Patrysiu, bądź dzielny, ludzie nie z takich opresji wychodzili. Medycyna robi tak duże postępy, że kto wie, co wynajdzie jutro. A że szpital w Chełmie posiada „na stanie” partaczy nie pielęgniarzy i lekarzy – cóż, Kochany, lepsi zostali wypchnięci za granicę, przez kolegów, żeby nie było. Ta pielęgniarka, wiesz, takie skojarzenie tylko, ale może nazywa się po mamusi Brystygier? Luna jej było. Pogóglaj. Znajdziesz. Dziękuj Bogu, że uciekła. A jak się zbliży następnym razem na odległość 1/2 metra krzycz wniebogłosy, po prostu krzycz, bo zrobi Ci większą krzywdę.
    Trzymaj się. A może poślesz swoją historię na nast. adresy:
    bm24.pl; i do pani Kai Bogomilskiej z Gazety Polskiej Codziennie. Pierwszy to uczęszczany portal, drugi adres do dziennikarki, przemiłej i przemądrej pani.