Opera pod lianami


DżunglaDożyłam czasów głuchych i ślepych na Piękno. Wiele miejsc białostockich otaczam do dziś wspomnieniami muzycznymi. I właśnie przez pryzmat muzycznych wspomnień powracam kartograficzną wręcz  pamięcią do Białegostoku końca lat osiemdziesiątych. Wtedy  jeszcze z niezmąconą radością potrafiłam słuchać  sonat da Camera na skrzypce i basso continuo, koncertów na smyczki i obój  Tomaso Albinioniego. Za chwilę miała przyjść fascynacja utworami Georga Philippa Telemanna  oraz Arcangelo Corelliego. Salę koncertową można mieć na co dzień w duszy, nie są potrzebne do tego szumne wnętrza.

Muzyka tych kompozytorów do dzisiaj przenika mnie silnie i towarzyszy większości moich książek czy drobnych tekstów. Pozwala mi wierzyć, że „muzykosłowo” ma jeszcze jakiś sens, gdy „samosłowo” stało się samobrudzącą szmatką do wycierania kurzu, bo autorzy wierszy i próz różnorakich, blogerzy i wirtualni wszechwiedzący zatapiają jego elitarność i szlachetność. Muzyka barokowa może być tajemnym przejściem do emigracji wewnętrznej. Nie mam ochoty czytać miałkich blogów i wierszy udających poezję. Nie mam ochoty słuchać oszukańczych obietnic bez pokrycia i krzywoprzysięskich deklaracji.

Za białostockich jeszcze czasów wręcz oddychałam muzyką barokową, a nie było jeszcze Filharmonii i Opery Podlaskiej. Wtedy jeszcze Pałac Branickich  izolował się od reszty świata milczącym wnętrzem  i straszył tam duch Akademii Medycznej im. Juliana Marchlewskiego. W serdecznych miejscach  z dala od Pałacu toczyły się wówczas trzeszczące niekiedy winylowe płyty, czasem dźwięki kolejnego koncertu w ówczesnej Filharmonii, czasem serdecznych kilka słów przypadkowo zamienionych z Wiejskim Telemannem albo kilka listów od Skrzypka-W-Zagubionym-Szalu, który na stałe osiadł w Weronie.

W jednym ze słynnych filmów mojego ulubionego chorwacko-niemieckiego Wernera Herzoga  pewien  inżynier i wielbiciel muzyki, zwany przez tubylców Fitzcarraldo  (stąd tytuł  filmu) postanawia stworzyć w środku dżungli operę. By pozyskać odpowiednie środki inwestuje w plantację kauczuku i ponosi klęskę. Czy powołanie do życia opery oznacza też re-naissance odbiorców?

W filharmoniach i operach dalekiego świata spotykam miłośników w muszkach oraz miłośniczki w podwójnych sznurach prawdziwych pereł. Nie sztuka obnosić wszem i wobec.

W „maleńkim” Białymstoku pozostawiłam płyty z muzyką Telemanna i Albinioniego. Kilka serdecznych więzi muzycznych z licealnych czasów i dorosłych więzi DLA IDEI.

Na  TAKICH lianach nawet dziś można budować prawdziwą OPERĘ!

                Marta Cywińska                                                                                               

MARTA_CYWINSKA_JASNE

Marta Cywińska

Tagi , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.