Nierasowa romanistka


szarlotkaZastanawiam się, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby Białystok mnie nie wypluł. Z pewnością nie siedziałabym teraz w maleńkiej kawiarence naprzeciw Sorbony i nie pisałabym kolejnego wiersza w języku francuskim!

A przecież bardzo chciałam w Białymstoku zostać! Jak Siłaczka nieść kaganek oświaty – również romanistycznej, tworzyć polski Las Tysiąca Poetów, tworzyć kolejne wystawy-instalacje poświęcone arturiańskiej Bretanii, reżyserować amatorsko sztuki z udziałem studentów lokalnej romanistyki, co zresztą jednorazowo uczyniłam, gdy przed wielu laty pokazaliśmy awangardową wersję sztuki o Świętym Graalu w języku starofrancuskim. Studenci czuli się wówczas dowartościowani i kilkoro nawet rozmiłowało się w meandrach archaicznej wersji języka, kilkoro też uległo głębokiej fascynacji średniowieczem.

Niektórzy przybywający do Białegostoku oraz bliscy memu sercu francuskojęzyczni poeci i pisarze nawet uczynili nasze miasto miejscem serdecznej refleksji. Na paterach Paryża próżno dziś szukać białostockich jabłek. Muszę zadowolić się substytutem szarlotki kupionej w jednym z iluzorycznych sklepików Dzielnicy Łacińskiej.

Moja ówczesna adwersarka…o przepraszam, nie jestem feministką, wiec powiem moja „pani adwersarz” stwierdziła, że jestem „nierasową romanistką”, bo romanistka powinna zajmować się dydaktyką i ograniczyć się do romanistyki. „Pani adwersarz” zapomniała, że pierwsze studia, jakie ukończyłam to faktycznie była romanistyka, ale kolejne zawiodły mnie już w innym kierunku, a czarująca interdyscyplinarność okazała się poza granicami tego budynku atutem, a nie przekleństwem. Ale może to wszystko było snem, może Białystok był miejscem mojego dzieciństwa, a nie czasu idealizowanej dorosłości…

Marta Cywińska

Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.