Niepotrzebni Poeci


Szuflady 1Kasztelanka czy Kasztelańska? Nazwa nie jest ważna, ważny obraz w nich zatrzymany. W Kasztelance lub Kasztelańskiej od czasu do czasu spotykaliśmy się jako licealiści przy soku pomarańczowym lub czerwonej oranżadzie, choć obecnym licealnym piwoszom może się to wydać po prostu śmieszne. Kilka osób z klasy IIIF zaplątanych w przedziwne, pełne napięcia relacje w zgrzebnym wnętrzu kawiarnianej rotundki między Plantami a ulicą Curie-Skłodowskiej. Ile z tych osób, mądrzących się wówczas przy kawiarnianym stole odnalazło się w dorosłym życiu? Ile z nich pogrzebało ideały już na pierwszym roku studiów, a ile przy pierwszym rozwodzie? Wtedy jeszcze nie istniała piosenka Jacka Kaczmarskiego „Nasz klasa”, nie było Internetu i przynajmniej próbowano tworzyć prawdziwe więzi międzyludzkie.

Do Kasztelanki przychodziliśmy też sporadycznie w innym gronie, jako członkowie nieformalnej grupy poetyckiej, która nawet nie zdążyła dorobić się swojej nazwy. Na jej czele stał niejaki Maurycy, obecnie renomowany adwokat, a wówczas nie mogący się pogodzić ze swoim ziemskim imieniem Mariusz. Pisał wyłącznie do szuflady i na tym jego kariera poetycka się zakończyła .Kiedy  po latach spotkałam go przypadkowo na ulicy nawet mnie nie poznał ( a może udał, że nie poznaje?). O dziwo, koło poetyckie nie było towarzystwem wzajemnej adoracji, w przeciwieństwie do grup wzajemnej adoracji lansujących się na Facebooku, lecz pretekstem do żywych rozmów o literaturze. Współcześni autorzy wierszy lansują się uparcie na FB (choć często autorami  prawdziwej poezji nie są, żyjąc jedynie w takim przekonaniu), nie mają ani wiedzy oraz intuicji literackiej, a tym bardziej nie mają wyczucia granic autopromocji.

W grudniu 2005 roku przyjechała do Białegostoku szwajcarska poetka i malarka Anny Faucherre. Koniecznie chciała zobaczyć miejsca, w których spotyka się tutejsza bohema. Po kilku dniach pobytu zrewidowała swoje oczekiwania na jej temat, a gdy któregoś wieczoru trafiła na towarzyskie spotkanie w Castelu, smutek przerósł poezję. Zwyczajem frankofońskich poetów wstała i z myślą o gościach siedzących przy jej stoliku chciała przeczytać kilka swoich wierszy. Podszedł do niej podpity typ ( jako przedstawiciel całego podpitego, głośnego stolika) i powiedział, żeby się nie wygłupiała z czytaniem, bo tu jest knajpa i czytanie przeszkadza im pić. To prawie jak echo sceny w „Misiu”, gdy kioskarka wyrzuca towarzystwo, które przyniosło ołysiałą kobietą na noszach, bo tu jest kiosk i ona, kioskarka…mięso tu ma!

Mnie Białystok szybko wypluł z moimi poezjami, tłumaczeniami starofrancuskich uniesień i neosurrealistyczną metaforyką. Ocenił w kategoriach – potrzebne/niepotrzebne, zrozumiałe –/niezrozumiałe,  godne zazdrości –/nie do pozazdroszczenia.

Teraz, gdy z dala od Białegostoku spotykam kogoś z TAMTYCH CZASÓW, ów łasi się przyznając raptem do znajomości ze mną mówiąc: „Marta Cywińska jest z Białegostoku”.

Marta Cywińska

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.