Miejsca pominięte


piora013Bedeker białostocki to konsekwencja sentymentalnych wyborów. Przywiązania do miejsc, w których przetrwało jakieś  Piękno i Dobro, choćby przygłuszone lub są one warte wydobycia z meandrów mocno już zakurzonej pamięci Nie opisuję w nim miejsc, w których spotkałam złych, zawistnych ludzi lub przeraźliwie egocentrycznych. Niszczycielskich  i  newage’owsko (!)  zafiksowanych na samorozwoju i nie dostrzegających innych. To nie znaczy, że Białystok „zdekomponowuję”. W każdej opowieści odżywa on na nowo – z perspektywy metropolii, pustyni, okna samolotu, cmentarnej zadumy nas grobem  wiele tysięcy kilometrów stąd.

Choć z Białegostoku wyjechałam, tak naprawdę nigdy go nie opuściłam i wracam do niego, na ile tylko pozwala mi szum intensywnych zdarzeń. Odbiorca o szóstym (detektywistycznym) zmyśle z pewnością zrozumie, dlaczego nie wszystkie miejsca i  nie wszyscy ludzi znajdą się na mojej sentymentalnej, białostockiej mapie.

Bedeker nie jest ani książką adresową, ani klasycznym przewodnikiem. Jest  nicią, silną jak most, która sprawia, że nigdy z Białymstokiem więzi nie zerwałam, a wręcz przeciwnie, wraz z upływem lat i odległością, ta nić tęsknoty oraz wspomnień staje się coraz silniejsza. Jest liną.

Wyjeżdżający na stałe z Białegostoku dzielą się zazwyczaj na dwie grupy: tych, którzy nigdy nie zapomną, skąd pochodzą i niezależnie od stereotypów na temat naszego miasta, będą się do niego przyznawać oraz tych, którzy już w chwili wyjazdu przyjmują tożsamość zastępczą i do końca życia będą się jej  kurczowo trzymać.

Nie chciałabym też Białegostoku idealizować, lecz pokazać ze osadzony w Historii jest też nieodłączną częścią historii mojego życia i bliskich mi osób. Podkreślić, że choć prowincjonalny, pozbawiał mnie prowincjonalnego myślenia i wpłynął na moją fascynację okresem międzywojennym. Zaakcentować, że może być piękną inspiracją literacką, a nie tylko pretekstem do promocji chorej wyobraźni literackiej, która – a już tak się zdarzało – pokazuje Białystok jako postgombrowiczowskie piekiełko prowincjuszy, dla których na pierwszym etapie ich życia Wielkie Miasto było miejscem społecznego awansu, a Uniwersytet w Białymstoku przyprószył ich wyobraźnię zamiast odśnieżyć.

Białystok  to miejsce, w którym czułam się szczęśliwa jako mała dziewczynka i dawał on  ułudę szczęśliwego dzieciństwa moim dzieciom. Tu pozostawiłam przyjaźnie i serdeczne więzy koleżeńskie, które mimo upływu lat nie zmieniły się zupełnie, bowiem dotyczą ludzi wartościowych, honorowych i dobrych po prostu.

Niniejszy tekst nie jest posłowiem do Bedekeru, tylko wyjaśniającym  antraktem. Cieszę się, że wśród Czytelników Bedekera są nie tylko rodowici Białostoczanie, wierni swej rodzinnej ziemi, ale i również rozsiani po całym świecie, a także Ci, którzy wprawdzie nie mają związków sentymentalnych z naszym miastem, ale Białystok czują i lubią.

Białystok zmienia się z gorliwością neofity, Bedeker dokumentuje jego czas przed zmianami.

A tęsknota ta sama…

Marta Cywińska

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Miejsca pominięte

  1. Joanna K. mówi:

    Smutny ten tekst, Pani Marto – a czytam wszystkie Pani liryczne wspomnienia z Białegostoku.
    Ten jest bardzo smutny.
    Zastanawiam się, czy nazwanie czegoś „prowincjonalnym” ma jeszcze jakąś podstawę? Dzięki pudelkom tv i pudełkom z jednostkami centralnymi opuszczamy prowincję raz na zawsze – chyba?
    Żeby jednak pozostawić cień inności /wszak to, ze nie jesteśmy tacy sami jest piękne i należyte/ dobrze jest być prowincją. Ona ma swoje odcienie, które gwałtem chcą nam zniszczyć, a raczej przemaglować i jeszcze krzyczą na nas, żeśmy rasiści. Mało krzyczą, sądzą i skazują tylko dlatego, że nie życzymy sobie „urawniłowki”.