Kobiety przyjezdne


   W amerykańskich kronikach z przełomu XIX i XX wieku czytamy, iż do wielkich miast przyjeżdżały setki, tysiące pociągów, z których wysiadały młode, zdumione dziewczęta.

Żadna z nich nigdy jeszcze nie widziała Wielkiego Miasta. Przybyły w poszukiwaniu pracy jako tkaczki, stenografki, szwaczki, maszynistki, lektorki powieści sentymentalnych dla starszych dam.

      W dniu 30 marca 1890 roku pewien wysoko postawiony urzędnik bankowy w dziale ogłoszeń o pracy „Chicago Tribune” zamieścił ostrzeżenie dla przyszłych stenotypistek i maszynistek, w którym wyraził ubolewanie, że żadna szanująca się firma nie zamieści ogłoszenia o treści: „Poszukujemy młodej damy biegłej w sztuce stenografii, o nader krągłej aparycji i bardzo długich, jasnych włosach”. Wzmiankował, że takie ogłoszenie miałoby nie tylko znamiona wulgarności, ale także odpowiedź na nie byłaby nieobyczajna.

     Jane Adams, znana podówczas reformatorka społeczna i współzałożycielka  słynnego Hull House, zajmującego się działalnością filantropijną i społeczno-kulturalną w przemysłowych dzielnicach metropolii pisała tak:

          Nigdy przedtem w dziejach cywilizacji nie uwolniono równie nagle spod opieki rodzicielskiej tak wielkiej ilości  młodych dziewcząt. Nigdy dotąd nie pozwolono im chodzić samotnie po ulicach miasta i pracować w obcych domach.[1]

     W początkach XX wieku Warszawskie Towarzystwo Ochrony Kobiet wzmogło opiekę nad przyjezdnymi dziewczętami. Na dworcu wileńskim czekały na nie „damy z żółtym krzyżem”, do których można się bezpośrednio po podróży zwrócić i które towarzyszyły im w drodze do specjalnego schroniska. Tam dziewczęta miały do dyspozycji: przytulne pokoje, jadalnię, żeńskie towarzystwo oraz pierwsze propozycje dotyczące pośrednictwa pracy. Przyszłe bony, nauczycielki, guwernantki już następnego dnia wyruszały jednak do pobliskiego prawdziwego biura pośrednictwa pracy i prawie natychmiast znajdowały ofertę odpowiadającą ich skromnym wymaganiom. Rzecz nie do pomyślenia dzisiaj!

     Na dworcu petersburskim stało wówczas wiele kobiet z przypiętym żółtym krzyżem, oczekując na przyjeżdżające dziewczęta. Niejaki Pan Budny (w ówczesnych czasopismach dla sfer działacze nie mają imion!), wiceprezes Warszawskiego Towarzystwa Ochrony Kobiet, rozpuścił wici pośród pań z towarzystwa, by nie tylko w ochronkach zechciały swój czas pożytkować. Bożonarodzeniowy numer periodyku „Świat” z 1908 roku[2] wymienia nazwiska Pani Baranowskiej, Skobiszewskiej oraz Chrzanowskiej zaangażowanych w ideę „Żółtego krzyża”.

     W czasie I wojny światowej (dziwnym trafem nie wszyscy byli na froncie!!!) zjechały do Białegostoku również i wiejskie dziewczyny, choćby za pięknisiem-paniczem, który pracy w Białymstoku szukał – w fabryce Beckera, najpierw na hali, potem w magazynie.[3] A dla niej – cóż – podłoga do szorowania i godziny spędzone na „myśleniu życzeniowym” – wystarczy sięgnąć do Dworku pod malwami Mariana Piotra Rawinisa.[4]      

     W późnych latach czterdziestych do Wielkiego Miasta Białystok zaczęły przyjeżdżać przyszłe włókniarki albo pracownice zakładów mięsnych, pochodzące z zagubionych domostw spod Michałowa albo Hajnówki. Na początku lat pięćdziesiątych to było Ich Miasto.  

    Jedną z takich dziewcząt po zabawie tanecznej odprowadził ówczesny  początkujący działacz (obecnie z tytułem profesorskim, na głębokiej emeryturze).Gdy przechodzili obok kościoła św. Rocha, on jej nagle przysiągł, że kiedy już w Białymstoku zostanie działaczem wysokiego szczebla, to zamieni ten kościół w salę taneczną, o!

     Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zjechały z podmonieckich wiosek przyszli nauczycielki, dyrektorki, instruktorki i urzędniczki.

     Nigdy nie oswoiły Miasta.

     A kto czeka TERAZ na przyjezdną kobietę? Leming? „Słoik”? Johnny Bravo? Nowy Wokulski? Piotruś Pan?

Marta Cywińska



[1] Słynna wypowiedź Jane Adams, cytowana w:D. L. Miller, City of the Century, Simon & Schuster,1996 oraz E. Larson, Diabeł w białym mieście.

Morderstwo, magia i maligna na wystawie, która zmieniła oblicze Ameryki, Katowice 2008. – przyp. M.C.

[2] Por. Demil, Opieka nad przyjezdnymi kobietami w Warszawie. Żółty krzyż, rok III, nr 52 z dn.24.12.1908,s.12

[3] Por. M.P. Rawinis, Dworek pod malwami, Płonne nadzieje,t.25, Warszawa 2011  s.134

[4] Tą niezwykłą książkę można spotkać w bibliotekach, czytelniach  i księgarniach poza Białymstokiem – choć  i o Białymstoku owa wspaniała saga traktuje. Tekst „Kobiety przyjezdne” nie obliguje mnie, bym  TERAZ zapytała, dlaczego „Dworki” w Białymstoku są „ocenzurowane” . – przyp . M.C.

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.