Byle uciec…


SAD slonca-droga-las-drzewa-promienie        Rok 2185

Beata i Włodek już na dobre stracili poczucie czasu. Ubrania mieli przepocone i brudne, ostatni raz umyli się jakieś pięć dni wcześniej. Jedli tylko to, co znaleźli: jagody, czasami jakiegoś królika, od czasu do czasu z trudem złowioną rybę. Benzyna w zapalniczce Włodka powoli się kończyła, wkrótce zatem mieli pożegnać się z mięsem i zacząć grzebać po krzakach w poszukiwaniu owoców oraz modlić się, by zjedzone grzyby nie zapewniły im śmierci w męczarniach. Beata wyglądała jak porcelanowa laleczka i nie nawykła do takiego wysiłku. Włodek martwił się o swoją ukochaną, sam żałował sobie jedzenia, był przecież wytrzymały a ona potrzebowała jego opieki. Nocami drżała w jego ramionach szlochając i pytając, czy daleko jeszcze do Granicy. Tak, Granicy. Gdyby tam dotarli, byliby wolni, nie musieli by uciekać w łachmanach nasłuchując niebezpieczeństwa i dziękując Bogu za każdą chwilę, którą przeżyli. Za Granicą mieszkają wolni ludzie, którzy nie boją się Łowców. Tych degeneratów. Włodek pamiętał, jak skończyła się radość w życiu Beaty. Do jej rodzinnego domu przyszli Łowcy. Głusi na błagania jej ojca, płacz matki i pytania małego braciszka wzięli się do – jak oni to nazywali – ,,roboty”. Beata ocalała, bo była na herbacie u przyjaciółki. W umyśle Włodka wciąż brzmiał nieludzki wręcz wrzask Beaty, gdy od sąsiada dowiedziała się, co spotkało jej rodzinę. Odprowadzał ją do domu, spotkali się na mieście, gdy pan Stefan przekazał tą straszną wieść. Teraz Beata miała tylko niego, jej rodzina… wzdrygnął się na samą myśl o ,,robocie” łowców. Był jedyną nadzieją swojej dziewczyny.

– Kochanie, widzę tu krzak z jeżynami. Odpocznijmy, proszę – jej melodyjny głos wyrwał go z zamyślenia. Jak na tak delikatną osobę zaskakująco dobrze się trzymała, w tym znaczeniu, że świadoma zguby swych najbliższych nie postradała zmysłów. Naprawdę ją podziwiał, wiedział jednak, że i jej wytrzymałość ma swoje granice. Na szczęście to piekło niedługo się skończy.

– Ale tylko chwilę. Wiem skarbie, jaka jesteś zmęczona, ale jak żeśmy byli na tamtej górce parę godzin temu to przysiągłbym, że słyszałem z oddali kilka psów. A szczerze wątpię, by po lesie hasały sobie niewinne psiaki. Łowcy pewnie używają psów tropiących. Zresztą do granicy zostało najwyżej trzydzieści kilometrów. Niedługo będziemy bezpieczni.

-Mam nadzieję. Jak już wydostaniemy się z tego koszmaru obiecaj, że uczcimy pamięć mojej rodziny. Że mama, tata i Pawełek zostaną zapamiętani jako kolejne ofiary tego chorego systemu.

-Przysięgam. Nie zostaną zapomniani, nigdy.

Spojrzeli sobie w oczy. Włodek czule ujął jej twarz i delikatnie ucałował jej usta. Odsunął się nagle, a jego twarz wykrzywił grymas bólu.

– Włodek, co Ci się stało? – spytała przerażona

– Zwykły środek usypiający, panienko – odezwał się głos brzmiący jak ten wydobywający się z gardła dziesięciolatka, należący jednak do niskiego, lekko przygarbionego człowieczka – twój kochaś – tu wskazał na nieprzytomnego Włodka- mógłby się stawiać, więc potraktowaliśmy go tym niegroźnym specyfikiem. Jeśli pójdzi… strzelać – rzucił do jednego z Łowców na widok Beaty usiłującej wydostać się z potrzasku, który tworzył się na leśnej polanie.

– Ratunku, pomocy, błagam – krzyczała Beata wiedziona raczej panicznym strachem przed Łowcami niż nadzieją jakiegokolwiek wsparcia. Granica była przecież kilkadziesiąt kilometrów stąd, Łowcy tuż za nią. Poczuła ukłucie na nodze. Świat zawirował, usta zaschły, ogarniał ją mrok…

Dwa dni później

 

Beata i Włodek siedzieli w nienaturalnie czystej, białej celi. Byli ubrani jedynie w bieliznę, resztę ubrań i przedmiotów codziennego użytku skonfiskowano im, gdy byli nieprzytomni. Dowódca Łowców, który udaremnił ich ucieczkę wszedł do pokoju.

– No moje gołąbeczki kochane, nie udało wam się wylecieć z gniazdka. I piórka widzę wam zabrano – zaśmiał się ze swojego żartu, po chwili jednak spoważniał. W miarę gdy mówił jego głos zamieniał się w histeryczny wrzask, który gdyby nie powaga sytuacji mógłby być uznany za całkiem zabawny – chcieliście zdradzić państwo, to niewybaczalne. Jesteście przez nie utrzymywani od momentu poczęcia aż do chwili obecnej. Są na świecie miejsca gdzie nie siedzielibyście tu sobie na krzesełkach, tylko byście stali po szyję w wodzie karmieni robaczywym chlebem przykuci do ścian ! Błagalibyście o śmierć, a rozdzielono by was na zawsze bo godzinach tortur i poniżania! Dziękujcie Bozi, że jestem dla was taki łagodny, śmiecie!

– Błagamy o przebaczenie – szepnęła drżącym głosem Beata – już nie będziemy nigdy się sprzeciwiać – zerknęła błagalnie na Włodka.

– Na pewno – pokraczny człowieczek wyszczerzył swoje nieprawdopodobnie krzywe zęby – bowiem podzielicie los twojej rodziny.

Włodek i Beata objęli się wzajemnie. Czekał ich los gorszy od śmierci, to co miało nastąpić teraz miało być początkiem ograbiania ich z człowieczeństwa i wolnej woli. Do pokoju weszło dwóch osiłków .

– Rozdzielcie ich – zakomenderował brzydki jak noc Łowca – ubierzcie ich w stosowne uniformy i zaprowadźcie tam, gdzie trzeba. Już nie będziemy mieli kłopotów z naszymi ptaszynami.

Jeden z grabów ogłuszył Włodka ciosem pięścią i brutalnie wywlókł z pokoju. Ręce jego kompana pochwyciły wierzgającą i wyjącą ze strachu Beatę i uniosły ku tragicznemu końcu jej prawdziwego życia…

 

Pół roku później

 

Kobieta, która weszła do sali była uśmiechnięta, elegancko ubrana. Ponad dwieście osób na sali przywitało ją gromkimi brawami. Beata otarła łzę wzruszenia. Ta mądra, kochana kobieta nadała jej życiu nowy sens. Wraz z innymi nadstawiła uszu, by słuchać tych krzepiących i mądrych słów, które wypowiadała ich można wręcz powiedzieć przybrana matka.

– Gołąbeczki moje słodziutkie, dzięki naszym bardzo potrzebnym podatkom możecie oddychać powietrzem w tej sali. Każdy tu korzysta: państwo, bo bierze pieniążki, wy bo dotleniacie płucka. Jakież te podatki kochane, prawda? A pomyśleć, że kiedyś wy moje ancymonki nie chciałyście ich płacić, bo uważałyście, że idzie to na drogie zachcianki polityków albo, że wyrzucane są w błoto. Głuptaski, to, że płacicie podatki na przykład od drapania się w plecy to najlepsze co mogło was spotkać. To najdroższe wino z 2019 roku to dar całego kraju dla naszych umiłowanych polityków. A teraz skarbeńki pomówmy o tym, dlaczego czterdzieści lat temu zastrzelono pół miliona głuptasków, które odmówiły płacenia podatku od całowania się, żeby ufundować ministrowi Miłości do Podatków transatlantyk…

Stefan Aleksander Dziekoński

Tagi .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.