„Bedeker białostocki”


„BEDEKER BIAŁOSTOCKI” Marty Cywińskiej

MARTA_CYWINSKA_JASNE

1. Kobiety przyjezdne

FOT. RAFAL MIELNIK / AGENCJA GAZETAW amerykańskich kronikach z przełomu XIX i XX wieku czytamy, iż do wielkich miast przyjeżdżały setki, tysiące pociągów, z których wysiadały młode, zdumione dziewczęta.
Żadna z nich nigdy jeszcze nie widziała Wielkiego Miasta. Przybyły w poszukiwaniu pracy jako tkaczki, stenografki, szwaczki, maszynistki, lektorki powieści sentymentalnych dla starszych dam.

W dniu 30 marca 1890 roku pewien wysoko postawiony urzędnik bankowy w dziale ogłoszeń o pracy „Chicago Tribune” zamieścił ostrzeżenie dla przyszłych stenotypistek i maszynistek, w którym wyraził ubolewanie, że żadna szanująca się firma nie zamieści ogłoszenia o treści: „Poszukujemy młodej damy biegłej w sztuce stenografii, o nader krągłej aparycji i bardzo długich, jasnych włosach”. Wzmiankował, że takie ogłoszenie miałoby nie tylko znamiona wulgarności, ale także odpowiedź na nie byłaby nieobyczajna…

 

2. „Dziennik pustyni”-fragment

Sidi Bel-Abbès, 20 lutego 2013

Wyjeżdżamy nad ranem chłód jako zapowiedz kolejnych zdarzeń tego dnia. Pustynia wypluwa mnie i wchłania. pustynia cześć III 251_smallKażdy dzień spędzony w algierskim mieście czy miasteczku jest rozpaczliwym egzaminem dla tęsknoty za pustynią. Ludzie stają się krzykliwi – bez wyjątku -nawet ci, którzy mówią szeptem. Ziarenka piasku, ziarenka wspomnień wdzierają się pod powieki.
Ileż można biec z zamkniętymi oczami? W Algierii wiele zdarzeń pozostawionych na stareńkim kontynencie ma zupełnie inny wymiar. Zdarzeń niemożliwych i spoza czasu.
We wspomnienia wdzierają się różne powroty.
Niedawno po latach nieobecności zawitałam do Białegostoku, z okazji spotkania literackiego, które miałam prowadzić w Książnicy Podlaskiej ( choć napis nad witrynami przy ul. Kilińskiego głosi że to w dalszym ciągu to „Wojewódzka Biblioteka Publiczna.”). W tym oto budynku nie byłam od lat ośmiu. Wchodzę – zziębnięte policzki dają zupełnie inne poczucie wyciszenia niż na pustyni. Po latach nie oglądania Białegostoku oziębła mi dusza…

 

3. Z białostockich wspomnień: Golem i Praczki

Miejscem, które dawało poczucie bezpieczeństwa mojemu prawdziwemu i wyimaginowanemu światu dzieciństwa była dzielnica Mickiewicza. Od dziś, niezależnie od tego w jakim miejscu Europy znajdę się po wielu dniach podrpraczki2óży czy wiedziona literackim impulsem wędruję po egzotycznych bezdrożach… mam przed oczyma Praczki…

 

Pamiętam, że ta najbardziej pochylona, najbardziej spracowana była moją ulubioną. Pierwsza z lewej – smukła, jakby trochę nieobecna nigdy nie wzbudzała mojej sympatii. Miałam wrażenie, że złośliwie przysłuchuje się rozmowie dwóch pozostałych… wyprostowana – czuje swą wyższość „bo z takimi chłopaczyskami, o których Andzia z Wandzią rozmawiają, to ona by się nigdy nie umówiła…

 

4. Cukrowa? Wata!

Na białostockich Plantach czasów mojego dzieciństwa, nieopodal „Pomnika  Wdzięczności Armii Czerwonej” stał  waciarz ze zdezelowaną maszyną do robienia waty cukrowej, która, gdy zaczynał nanizywać na patyk gorącą mgiełkę chy920bc0eb741895dc1c317a62c02068d5botała się lekko, przypominając nieforemną katarynkę bez papugi.

We wczesnych latach siedemdziesiątych wata musiała być biała – to teraz w parkowym szaleństwie wacianym niektórzy sprzedawcy ofiarowują ją w szesnastu kolorach, w dwudziestu kolorach nawet ! Fascynował mnie zawsze moment, gdy wata nabierała objętości,  a mgiełka cukrowa zamieniała się w mgłę, po czym –  w cukrową chmurę. Maszyna do waty przypominała zaczarowaną szkatułkę, z której wydobywały się  niekończące smakowitości. I pomyśleć, że współczesne maszyny tego typu mogą wypluć nawet pięćset wat cukrowych na godzinę, a wtedy czekało się z namaszczeniem na złapaną przez patyczek mgiełkę szczęścia!…

 

5. ZBEZCZESZCZONY… PAŁAC

211231W kuferku pamięci mojego dzieciństwa Akademia Medyczna i Pałac Branickich to… dwa zupełnie inne pałace –  zależało to od osoby, która snuła wspomnienia. Jako szesnastolatka, podczas pierwszego pobytu we Francji z euforią lokalnej patriotki przybliżałam zaprzyjaźnionym mieszkańcom Versailles charakter białostockiego pałacu eksponowanego jako „Wersal Podlasia”. Wystarczy nadmienić, iż zakłopotani Francuzi mylili wówczas konsekwentnie Podlasie z Polesiem, Białystok z Brześciem, żubry z niedźwiedziami zaglądającymi do parterowych okien bloków na przedmieściach, w przekonaniu, iż marznę, gdy o swym rodzinnym mieście opowiadam. Wszak to  inna cywilizacja! Śnieżna w środku lata!…

 

6. VI Liceum – jedna kartka

W gmachu na rogu ulicy Warszawskiej i Kościelnej pozostawiłam cztery lata młodzieńczych VI liceumwspomnień, które ze względu na liczne meandry osobowe(!), dykteryjki nie zawsze bawiące i uczniów, i nauczycieli, perturbacje ideologiczne oraz damsko –męskie, rozczarowania oraz rywalizacje zostaną opublikowane dopiero w 50 lat po mojej śmierci. Czymże wobec tak sprzecznego bagażu licealnych doświadczeń będzie anemonowo blada historyjka piątkowej uczennicy, która ze mną nie chciała siedzieć w ławce, bo przecież samych piątek nie miałam oraz choćby opowieść o klasowej pasjonatce… stanu wojennego, która węszyła solidarnościowy spisek nawet na dnie worka na kapcie.

O naszej Szkole A.D. 1927 wzruszająco pisał Marian Piotr Rawinis na kartach „Dworku pod malwami”:

Szkoła cieszyła się zasłużoną renomą jako zakład o wysokim poziomie nauczania i surowej dyscyplinie.Wykładali tu znakomici pedagodzy, ludzie światli i otwarci, zasłużeni i w mieście popularni,z niewielką domieszką dziwaków i nieudaczników.”…

 

7. Kapelusze od Nowika

mm_bialystok-fabryka_wlokiennicza_przy_augustowskiej_01    W tej części dzielnicy Mickiewicza tylko niezmienni są  mieszkańcy – ci od pokoleń, dla których dzielnica mojego dzieciństwa jest Dzielnicą. W ich opowieściach przetrwały wątki rodzinne, towarzyskie, sąsiedzkie, muzyczne, apteczne, bibliotekarskie, ale i fabryczne… snute wokół intrygującej wieży ciśnień przy ulicy Augustowskiej. W jej sąsiedztwie znajduje się Szkoła Sióstr Misjonarek, do której uczęszczały u samych początków jej istnienia moje dzieci i Szkołę wspominają do dziś z rozrzewnieniem.W metropolii takich szkół po prostu nie ma…

 

8. Ulica Mickiewicza

Ulica Mickiewicza to jedna z najważniejszych ulic na mapie mojego dzieciństwa,Ul. Mickiewicza w Białymstoku ponad 5,5 km od Pałacu Branickich aż do bliżej mi nieznanej ulicy Brzoskwiniowej, która wytycza obecnie przeciwległe kresy tej krainy.

Wędrując od strony Pałacu mijam tę samą od kilku pokoleń budkę z lodami w smakach dwóch  – jeśli latem. Tuż obok –  nieistniejący dom drewniany nieopodal Pałacu, w którym wielokrotnie chroniłam się przed burzą,wracając z „archaicznych” kursów języka angielskiego w sali Akademii – a byłam podówczas uczennicą ósmej klasy. Potem jeszcze kilka kroków obrzeżami Plant (znów ukłon w stronę Praczek oraz altany zwanej Liverpoolem)…

 

9. (Nieistniejąca) Szkoła Podstawowa nr 22
przy ulicy Konopnickiej w Białymstoku

Mojemu Bratu

Od 1974 roku ( a zatem gdy miałam 6 lat) zostałam jej uczennicą, po uprzednim zdaniu  egzaminów dla rozedrganych sześciolatków, którzy nie mogli doczekać się, aż skończą lat siedem i grzecznie, wraz z pozostałymi dziećmi oraz w terminie przekroczą ponoć progi rejonowej podstawówki.

Konopnicka1Szkoła Podstawowa nr 22 rozpoczęła swoją działalność w 1959, na uroczystość przybyły władze miasta i mieszkańcy Osiedla Mickiewicza, to było ponoć wielkie wydarzenie! W 1972 stanowisko dyrektora szkoły objął mgr Zdzisław Antoni Omilian, który funkcję tę sprawował aż do 2005 roku – to postać, z którą związanych jest mnóstwo opowieści – pamiętam, jak na lekcji wychowania obywatelskiego w klasie VIII kazał nam recytować wiersze Stanisława Aleksandrzaka, choć tym wierszem sztampowo-podręcznikowym był „22 lipca”, ale nam mgr Zdzisław Antoni Omilian stawiał wyższe wymagania ideologiczno-literackie i musieliśmy znać jeszcze więcej wierszy tego twórcy…

 

10. Róg Mickiewicza i Konopnickiej: ogród?

U zbiegu ulicy Mickiewicza i Konopnickiej w Białymstoku znajduje się  zapomniany Ogród Jordanowski. (nazwa pochodzi od nazwiska dr Henryka Jordana, założyciela wielkiego ogrodu specjalnie dla dzieci i młodzieży w Krakowie w czasach zaboru austriackiego).

69903

Przed kilkunastu laty Ogród u zbiegu ulic  tętnił jeszcze życiem, tu spotykali się tu „karciani” staruszkowie, przesiadujący  godzinami na poszarganych (!) starą farbą ławkach. Przychodziły tu dumne ze swoich wnucząt babcie, pchając przed sobą dostojnie archaiczne wózki z wielką budką, rozbrzmiewające trelami grzechotek zawieszonych na gumce, przed nosem zdziwionego niemowlaka.

Jeszcze jako uczniowie szkoły podstawowej zaglądaliśmy tu do świetlicy. Na jej podłodze walały się niekompletne  gry planszowe, oderwane czapeczki nieszczęsnych krasnoludków. Teraz mieści się tu poradnia psychologiczno-pedagogiczna ( wyobrażam sobie bezbrzeżnie smutne miny wchodzących tu dzieci) oraz gabinet weterynaryjny, prowadzony przez absolwenta SGGW…

 

11.Na schodach kościoła Farnego

big_726_1349337073Schody prowadzą do kościoła Farnego. Każdy mój powrót do Białegostoku to także chwila szczególnej zadumy w tym właśnie miejscu. Stąpam poprzez Historię. Coraz trudniej stąpać przez Teraźniejszość. Schody kościoła – niezmiennego, te same, a postawy ludzkie, coraz bardziej dwuznaczne z meandrem w stronę zła. Niewielu Dobrych z natury pozostało. A jeśli nawet są jeszcze widoczni, to obrzucanymi szykanami, wyśmiewani, zapomniani.

Pierwszy kościół w Białymstoku powstał staraniem rodu Raczkowiczów, na jego miejsce kolejne ufundowany przez Piotra Wiesiołowskiego ( moim zadaniem nie jest tu beznamiętne opowiadanie całej historii kościoła w zwięzłej przestrzeni Internetu), Kościół murowany pod wezwaniem NMP  przetrwał do naszych czasów jako stary kościół Farny. W   XVIII  wieku  Jan Klemens Branicki sprowadził do Białegostoku Siostry Miłosierdzia Św. Wincentego A Paulo i to one sprawowały opiekę nad ubogimi oraz chorymi w nowopowstałym szpitalu. Ten wątek historii zajmuje mnie do dziś, mając odzwierciedlenie w losie szczególnie drogich memu sercu osób, które  żyją w świadomości powołania do cichej misji ( w najróżniejszym sensie tego słowa)…

 

12. (Nieistniejące) kiermasze książki na Plantach w Białymstoku

get_img

Pamiętam majowe kiermasze książek na białostockich Plantach w latach siedemdziesiątych. Barwne stragany, do których stały zawijaste kolejki z cierpliwością nieznaną współczesnym. Stoisko „Naszej Księgarni”,  ale i stoisko z czasopismami dla dzieci, gdzie można było wypatrzyć najnowsze numery „Misia” (dwutygodnika dla dzieci w wieku 3-6 lat ze sztywną wkładką do wycinania, z której, po kilku niezdarnych ruchach nożyczek wyłaniał się tekturowy zegar słoneczny albo ciosany miś, tytułowy we własnej osobie). Na stoiskach dla dzieci starszych leżały tłumnie „Płomyki” i „Płomyczki”, „Świat Młodych” i „Filipinka”, dla trochę starszych pasjonatów „Mówią Wieki”, Horyzonty Techniki” i „Poznaj swój kraj”. Oczy nam się świeciły na widok książek Adama Bahdaja, Edmunda Niziurskiego i Tytusa, Romka i A’tomka.

To był czas polowania na fascynującą książkę – choć przecież w czas propagandowego święta, zwanego górnolotnie „Dniami Oświaty, Książki i Prasy”. Niesamowite było napięcie związane z oczekiwaniem na cykliczne zdarzenie „majowo-książkowe” organizowane na Plantach. Niektórzy wstawali bardzo wcześnie, by zajęć miejsce w  dynamicznie formującej się kolejce przed ledwie powstałym jeszcze wówczas straganem, na którym książki  miały zostać wyeksponowane dopiero około godziny dziesiątej. Emocje wzbudzała oczywiście loteria fantowa!

 

13. Dworzec kolejowy w Białymstoku

DworzecCzytając opisy niegdysiejszego Białegostoku, ze zdumieniem odkrywam, jak bardzo historycy są zdolni do pozbawiania tekstu (!) jakichkolwiek emocji.
Mam pełną świadomość, że tekst naukowy rządzi się swoimi ściśle określonymi prawami, ale smutnymi bardzo…

Prostszym rozwiązaniem będzie domowej produkcji wehikuł czasu. Ot taki, który mógłby w dniu 18 września 1862 roku wyjechać ze stacji kolejowej na warszawskiej Pradze – zwany w dalej w tekście pociągiem osobowym – zatrzymać się kolejno w Białymstoku oraz Wilnie, by pokonawszy tysiąc kilometrów i trzydzieści osiem godzin jazdy, po czym dotrzeć wreszcie do Petersburga.

Można też – tu myślę o realistach – wsiąść było do pociągu Sud-Express jadącego do Nicei i zasmakować podróży w luksusach przedziału sypialnego w koronkowej bieli i do tego w asyście obsługi troskliwej niczym francuska guwernantka z najlepszymi referencjami.. Stamtąd jeszcze dwie noce jazdy do kurortu w Biarritz i wielki świat  prawie na wyciągnięcie dłoni!..

 

14. Ulicą Branickiego idąc…

240px-Brama_pałacu_Branickich_i_rondo_Lussy_w_Białymstoku_(2010)Ulicą Branickiego idę od ronda im. dr Andrzeja Lussy. Powraca ta sama przedziwna refleksja: dr Lussę pamiętam jako człowieka skromnego, stonowanego, zaangażowanego społecznika, taktowanego oraz refleksyjnego rozmówcę i nie wiem, czy aż tak chciałby być wyróżniony rondem w centrum miasta.

Pamiętam szczególnie naszą ostatnią rozmowę…

Po prawej – Teatr im Węgierki, nakładające się plenery parku – te sprzed czterdziestu lat i obecne. Kładka nad Białką – nienaturalnie regularną, pozbawioną tajemniczości. Mijający przechodnie ze średnią wieku powyżej siedemdziesiątki.Wczesnym popołudniem widać jak Białystok się starzeje. Ilu desperatów stąd wyjechało? Gdzie ich można teraz spotkać? W Lądku, Berlinie, a nawet Urugwaju? Białystok coraz bardziej bezludny, coraz bardziej pustynny nawet w miejscach najintensywniej, ożywczej zieleni…

 

 

15. Pewna kamienica przy ulicy Warszawskiej…

czapeczka-baweniana--38-44-cm-42208-niebieskaIdąc od strony ulicy Świętojańskiej w kierunku kościoła św. Wojciecha mijałam zawsze smutną kamienicę, zupełnie obcą względem pozostałych. Mieszkańcy sąsiednich domów często opowiadali sobie historię jej mieszkańców. Szczególne emocje wzbudzały losy dwojga mocno zakochanych od czasów wczesnej młodości gołąbeczków. On od dawna chodził o lasce, ale nawet, gdy miał poważne problemy z poruszaniem się, zawsze podawał Jej rękę. Na spacerze.. Gdy wychodziła z autobusu….

Z czasem, mając już nieubłagane kłopoty z pamięcią, tylko na Jej widok uśmiechał się z bezbrzeżną czułością. Fizycznie byli do siebie bardzo podobni, nawet układ zmarszczek na twarzy mieli wręcz lustrzany!

Zawsze punktualnie o piątej z wyjątkiem niedziel i świat odwiedzała ich Błękitna Pani. Kiedyś zagadnęła mnie nawet, gdy wychodziłam z Kamienicy, a ja ze zdumieniem przyglądałam się tej ubranej w długi błękitny płaszcz kobiecie( na niej nie był kiczowaty, lecz po prosty piękny!). Rozmawiałyśmy o ludziach, którym pomagała i którzy, o nią się troszczyli. Niezależnie od pory roku nosiła małą włóczkową, błękitną czapeczkę. Okulary też miała – w błękitnych oprawkach oczywiście! Zwracałam się do niej: „Błękitna Pani”.

 

16. Bazar, którego nie ma…

Bazar przy ulicy Jurowieckiej? Naturalnie, pamiętam.

W tym miejscu jest teraz wielka wyrwa.

Beznazwy-1

Godzinami można było przyglądać się straganom, stoiskom, etalażom, posłuchać najróżniejszych odmian wschodniego zaśpiewu, podyskutować za sprzedawcami na tematy minione i bieżące, lekkie i poważne, posłuchać zwierzeń oraz opowieści  o dawnym Białymstoku, dać się ponieść euforii okrzyków „Paaaapierosy – spirytus! Paaapierosy  spirytus!” Można  było pochandryczyć się o cenę, tych klika sztuk bielizny w cenie jednej, ech, a może to jakaś iluzja?

Sporo jest realistycznych zapisków o dawnym   Białymstoku, tony opracowań historycznych i całe fabryczne hale można by zapełnić tematycznymi wycinkami z gazet.

Bazaru przy Jurowieckiej już nie ma. Niektórzy wyrzucili  go szybko z pamięci i zapomnieli, ze tam mieli swój dom mody : na jednym starganie  prawie  markowe swetry, a na innym prawie markowe jeansy, na innym  prawie markowe buty.

 

17. Smutna ulica Wesoła…

Jest w Białymstoku ulica Wesoła. Ulica Wesoła, która wesoła nie była nigdy.

Nie ma już domu, do którego przychodziłam przynajmniej raz w tygodniu, by zanurzyć się w dźwiękach fortepianu, zasmakować w Beethovenie i Bachu.

FortepianPodówczas ośmioklasistka  z długimi, kręconymi włosami oraz przedziałkiem na późnego George’a Harrisona i w okularkach – lennonkach… Beatlesowskie tęsknoty muzyczne contra Sonata Księżycowa. na pierwszym piętrze ulicy Wesołej.

Na spotkania muzyczne szłam Wesołą bardzo powoli, z rozmysłem  odwlekając muzyczne emocje. W tamtym domu muzykowano popołudniami, wspólnie wybierano nuty, a czekoladowy torcik serwowany gościom po domowym koncercie ozdobiony był kluczem wiolinowym z rozkruszonych drobinek orzechów. Gdy nadchodził  czas dekorowania choinki, w tamtym domu wynoszona ze strychu pudła pełne ręcznie wyginanych kluczy wiolinowych i ćwierćnut. Muzyka przenikała ściany salonu, który nigdy nie zniósłby określenia „duży pokój”.

 

 

18. Mount Everest w Zaściankach

Dorosły w trakcie rozmowy z dzieckiem nie powinien nań spoglądać z wysokości, ale przykucnąć tak, by jego oczy znalazły się na wysokości oczu małego rozmówcy. W oczach dziecka  każdy jest niewspółmiernie wysoki.

Mount_EverestTak też mała uliczka zamienia się w ulicę prowadzącą w nieskończoność, zaś każda górka pretenduje do części wielkiego łańcucha górskiego (nawet w piaskownicy).

Mój tato zabierał mnie na niedzielne wyprawy do Zaścianek – każdej ekspedycji towarzyszyła niezwykła historia, osnuta wokół postaci niezłomnego i niezwykle dzielnego bohatera, dla którego zdobycie Mount Everest było jedynie drobnostką. Cisi bohaterowie zdobywają góry i potrafią owe góry przenosić bez rozgłosu…

I tak już mi zostało: cenię oraz zażarcie bronię ludzi niezłomnych (w tym – bohaterów codzienności), brzydzę się bezbrzeżnie oszustwem, podstępnością, nieuczciwością, manipulacją, brakiem honoru, dwulicowością… czyli wszelkimi odmianami zła organicznego i nie zamierzam go tolerować.

 

19. Ulica Chełmońskiego bez „Babiego lata”

image_galleryBy dotrzeć na ulicę Chełmońskiego mijam dzielnice bardzo białostockie w duchu i inne – „odklejone od innego miasta”.

Ulicę Chełmońskiego, dosłownie schowaną za ulicą Brzechwy „inauguruje” miniaturowy placyk nieforemny wielce, na którym można by postawić ósmy cud świata,    konkurencyjny do pozostałych siedmiu, gdyby tylko przerost wyobraźni byłby.. zjawiskiem powszechnym. Dosłownie kilkaset metrów dalej widać od strony ulicy dom przesłonięty przepastnym ogrodem, który odwiedzam podczas powrotów sentymentalnych do Białegostoku.

Dom dwupiętrowy, który jest kufrem pamięci kilku chłopięcych i dziewczęcych dzieciństw.

W tym domu czeka zawsze na mnie kolejna przepiękna opowieść „ z białą kokardką we włosach”, talerz pysznego, domowego rosołu i serdeczne więzi, które od czterdziestu lat pielęgnuję a przecież taka bezinteresowna, rozumiejąca serdeczność zdarza się tylko w bajkach.

 

20. Stawy przy ulicy Mickiewicza

stawy przy mickiewiczaNad stawami czas się zatrzymał. Wprawdzie nie ma tam już wędkarzy zapatrzonych godzinami w zbyt spokojną taflę, nie ma wtulonych w siebie – starszej damy o lasce i starszego pana poruszającego się z balkonikiem, którzy zazwyczaj przewiadywali na pierwszej ławce od strony ulicy Mickiewicza, tej od Białki. Nie ma monologujących karciarzy przesiadujących w  pobliskich chaszczach ( bo malowniczych chaszczy też już nie ma) i nie ma uczniów, którzy uciekli z ostatnich trzech godzin matematyki w Szkole Podstawowej nr 3, bo  na wagarach  atrakcją nie są już ławeczki nad stawami, lecz Facebook albo marnotrawienie czasu nad najnowszym Medievalem.

 

21. Ulica Podleśna

To ulica muzycznych spacerów…

FilharmoniaJako uczennica ósmej klasy, a potem przez całą moją bytność w liceum z  niezrozumiałym dla moich rówieśników entuzjazmem chodziłam tamtędy na koncerty do Filharmonii. Wtedy, po jednym z koncertów  poznałam Vadima Brodskiego  –  w najdrobniejszych szczegółach pamiętam ową rozmowę. Napisał mi  na pamiątkę  w sztambuchu coś w rodzaju zwięzłej historii moich przyszłych losów, to nie była zwykła dedykacja dla ośmioklasistki…

ZOOUlicą Podleśną szłam do ZOO jako mała dziewczynka zafascynowana tym, że za chwilę ujrzę lamy, sarenki i żubry z nigdy nie napisanych bajek. A może każde z tych zwierząt  zasłużyło, by opisać je w odrębnej historii – inne, choć takie same w- widziane oczyma dziecka, widziane oczyma dorosłego. Continue reading →

 

22. Okno przy Alei Piłsudskiego

alejaGdy niespiesznie podążam Aleją Piłsudskiego w kierunku kościoła Rocha, mijam po prawej stronie ZWYCZAJNE bloki. Oczywiście, zwyczajność jest tu kwestią dyskusyjną. Czytelnicy Bedekeru białostockiego spodziewają się raczej, że skłonię się teraz ku kolejnym wątkom architektonicznym, historycznym czy poradom turystycznym. Nic bardziej mylnego.

Tu przystaję na tak długo, na ile można zatrzymać czas. Spoglądam w okno  jednego z tych zwyczajnych bloków…tam właśnie, przed wielu laty odwiedzałam Wojtka.

Wojtek  znalazł się w gronie tych cichych świętych, którego nazwiska  nikt prawie nie zna, odszedł tak jak żył –  cichutko. Podczas Mszy pogrzebowej padał rzęsisty deszcz, a gdy Wojtka przyjmowała ziemia, niespodziewanie niebo rozjaśniło się…i cóż,  słońce! Continue reading →

 

23. Wózek z ulicy Drewnianej

Stary domom przy ulicy Drewnianej powinien bliżej przyjrzeć się zegarmistrz z duszą detektywa albo detektyw z duszą zegarmistrza.

To kolejne miejsce w Białymstoku, w którym czas płynie zupełnie na przekór zegarom.

article-jak-wybrac-wozek-dzieciecyTamtędy właśnie późnym południem można było spotkać dumnego ojca spacerującego z wózkiem. Jak czule spoglądał na siedzącą w wózku dziewczynkę z kręconymi, jasnymi włosami, które wymykały sę spod chusteczki w groszki! Widać było, że tatuś poświęca jej uwagę, opowiada  o domach i ogrodach, które razem mijają. Dziewczynka uśmiecha się, macha rączkami…Gdy wrócą do domu, mama przygotuje jej coś do jedzenia, potem kąpiółkę i utuli do snu. Nim dziewczynka zaśnie, tatuś opowie jej bajeczkę… Będzie umacniał w niej poczucie wartości i dawał jej poczucie bezpieczeństwa.. Mądrze i odpowiedzialnie przygotuje ją do dorosłości… Continue reading →

 

24. Plaża w Dojlidach

Burza na DojlidachNamiastka plaży nad Wielką Rzeką, Wielkim Jeziorem a nawet Najprawdziwszym Oceanem…

Tylko ludzi tu jakoś mało..

…za to w nadmiarze : puszki, ręczniki, kanapki, chipsy, torebki, kapelusze, komórki, jeszcze raz puszki, okulary przeciwsłoneczne, klapki-japonki, tubki kremu, butelki keczupu i coca-coli, kolczyki i naszyjniki, piłki plażowe i kawałki podartych biletów, resztki opakowania po tic-takach, papierki po lodach, tablety bez ładowarki, dziecięce materace.

Garstka piasku  rzucona ze śmiechem na dziurawy leżak.Tylko książek, książek na plaży brak.

Kiedyś były one nieodzownym elementem plażowania. Continue reading →

 

25. Ulica Towarowa z przyległościami

BlokowiskoBlokowiska… trzydrzwiowe, dziesięciopiętrowe szafy…

W latach siedemdziesiątych  większość tych mieszkań  skrywała – identyczny jak u sąsiadów – Duży Pokój (komuna wykasowała z pamięci zbiorowej  pojęcie „salonu” a czasy unijne trywializowały go do poziomu „salonu kuchni” czy „salonu łazienek”), jakby „salon pogrzebowy” jeszcze dwadzieścia lat temu nie był zbytnio ekstrawagancki. KanapaPseudoskórzany „odpoczynek” z dwoma fotelami i stołem-ławą na każdym piętrze w tym samym miejscu. Kryształowy wazon bardziej przypominający  wysoki nocnik  niż zdobne naczynie na kwiaty stał  pod oknem na „perskim” dywanie. Tylko tęsknoty różne: za pozostawionym na przygranicznej wsi domku z ogródkiem, za działką, której wszystkie rośliny zapuściły korzenie pod tym samym kątem, ale również – za światem, którego nie ma: dystyngowanymi herbatkami w „Ziemiańskiej”, rautem palestry w „Adrii”, na którą przyjaciół z Białegostoku również zapraszano.

Coraz więcej w blokach przy ulicy Towarowej rozpaczliwych samotności z myślą o dorosłych dzieciach, które swoje własne – choć pozornie inne samotności – stłaczają w rezydencjach pod Supraślem czy Wasilkowem. Czasem te podmiejskie samotności są niczym innym jak zakamuflowanymi egoizmami i ucieczką przed starymi rodzicami z innej epoki. Continue reading →

26. Ulica Parkowa

imgJedna z najważniejszych  ulic na mapie moich białostockich sentymentów. Tu w klinice przyszły na świat moje dzieci i otrzymały namiastkę Krainy Szczęśliwości.

Teraz zmierzają ku dorosłości: mądre i dobre na przekór całemu złu tego świata.

Tędy chodziliśmy razem na spacer w kierunku Zwierzyńca. Nuciliśmy sobie razem piosenki  (po francusku również) i wprowadzałam je właśnie w  świat teraźniejszy, przeplatany opowieściami o Wzruszającym Świecie sprzed 1939. Godzinami rozmawialiśmy, opowiadaliśmy sobie wzajemnie różne historie.

Tzw. sukces pisarski i pięć tysięcy innych sposobów samorealizacji jest niczym w porównaniu z cudem bycia matką, dawania bezwarunkowo siebie dzieciom, możnością ich wychowywania, przyglądania się jak pokonują kolejne etapy dzieciństwa, jak wielka jest w nich niezgoda na zło, oszustwo, niesprawiedliwość. Mimo, iż już wchodzą  powoli w dorosłość, nie zmieniła się ani nasza wzajemna czułość, ani wzajemne zrozumienie i zaufanie. Continue reading →

 

27. Dom Dziecka przy ulicy Słonimskiej

ZeszytyMiałam wtedy lat szesnaście i przeogromną radość w sercu z powodu narodzin mojego Brata.

Jeśli człowiek otrzymuje w życiu niezwykły Dar długo wyczekiwany, nie może go przyjąć od tak, zwyczajnie, po prostu powinien ten dar mnożyć dając coś z siebie innym. Biorąc nie dajemy dokładnie tej samej osobie, w tej samej ilości i w tym samym wymiarze, byłoby to zresztą niemożliwe, ale otrzymując dajemy zupełnie  komu innemu, bezinteresownie.

Tak było jeszcze przed trzydziestu laty…

A teraz  ze  Słownik języka polskiego „dawanie”,  „ofiarowanie”, ”dzielenie się”, ”pomaganie”, ”spieszenie z pomocą” BEZINTERESOWNE znika cichuteńko…

Teraz są czasy zinstytucjonalizowanych form pomocy – miejsce człowieka, który pomaga zwyczajnie,  z dala od zgiełku świata, zajął wolontariusz. Continue reading →

 

28. Kamienica Pana Trembitzkiego

Białystok_ulStoję na schodach kamienicy przy ulicy Warszawskiej 63.

Mieściło  się tutaj  kolejno:  liceum budowlane, gimnazjum mechaniczne, liceum ogólnokształcące, technikum handlowe,  znów  technikum, następnie liceum ekonomiczne, a teraz  — Wydział Ekonomii i Zarządzania UwB. Ponoć w II połowie XIX wieku odbywały się tu przedstawienia wystawiane przez wędrownych aktorów.

To niejaki Trembitzki lub Trębicki był jej pierwszym właścicielem, a nawet jeśli w 1867 sprzedał ową cudną kamienicę  Hermanowi Commichau, to i tak jego nazwisko  do owej kamienicy przylgnęło. Któż uwierzy, że znajdowały się w środku cztery mieszkania oraz wielka sala do wspólnego muzykowania i przyjmowania gości! W 1892 kamienica stała się własnością rodziny Moesów, tych od manufaktury sukiennej w Choroszczy.

Od 1909 roku kamienicą administrowało Towarzystwo Krzewienia Wiedzy Handlowej. Po pierwszej wojnie światowej budynek został przejęty przez państwo. Od 1925 roku mieściło się tu Gimnazjum im Króla Zygmunta Augusta, od 1930 zaś – samodzielne Państwowe Gimnazjum Męskie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Continue reading →

29. Domek Napoleona

Domek Napoleona

Domek Napoleona od prawie dwustu lat owiany jest tajemnicą…

Widziano… bywano… opowiadano, ale  nigdy nic pewnego. To budynek dawnej komory celnej, położony zaledwie w odległości 9 km od granicy między Królestwem Kongresowym a Rosją w latach 1815-1918.Przypomnijmy, iż po upadku powstania listopadowego granica administracyjna stała się także granicą celną.

Budynek pamiętam doskonale, choć jest to fotografia pamięci sprzed wielu lat. Intrygujący kopulasty dach. Klasycystyczny portyk. Ściany zwężające się ku górze.

W XIX wieku krążyła na temat Domku pewna legenda. Otóż powtarzano, że zatrzymał się tu sam Napoleon w czasie wyprawy na Moskwę i tutaj również w dramatycznych okolicznościach rozstał się z Marią Walewską.

Swego czasu odnalazłam przynajmniej kilka legend kresowych dotyczących  bytności Napoleona w dworach, pałacach, drobniejszych domostwach. Tym oto sposobem, Napoleon musiałby nocować w tym samym czasie w kilku miejscach jednocześnie i to znacznie od siebie oddalonych. Tym samym musiałaby i Maria Walewska wabić go w kilku alkowach o jednakiej porze… Continue reading →

 

30. Cmentarz Farny latem…

Cmentarz Farny… to największy wyraz samotności tam spoczywających, ale i tych,którzy ich odwiedzają. Nigdzie nie widać świeżych kwiatów, na grobach jedynie pozostałości po dawno przepalonych lampkach. Przed oczyma dwa nakładają się na siebie obrazy: Cmentarz Farny latem i w dniu Wszystkich Świętych.

A przecież to jedna z najstarszych nekropolii w Białymstoku, założona w 1886 przez księdza dziekana Wilhelma Szwarca, którego został też tu pochowany.

Idziemy przez cmentarz niespiesznie, przyglądając się nazwiskom wrytym na nagrobkach. Jaka szkoda, że rzadko można dowiedzieć się czegokolwiek o przymiotach ducha, proweniencji  czy zasługach danej osoby. Może zbyt emocjonalnie czytałam zasługi zmarłych zapisane z wylewnością na powązkowskich nagrobkach?

W tej chwili właśnie  lunął rzęsisty deszcz i musieliśmy się schronić. Cóż,  okazało się, że przy wejściu głównym do kaplicy cmentarnej pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela nie ma już daszka i strugi deszczu zaczęły spływać nam po twarzach jak kaskada łez.Tak oto staliśmy tak w drzwiach do kościoła i patrzyliśmy  na cmentarz pogrążony w półmroku. Continue reading →

 

31. Pogodna ulica Pogodna

Ulica Pogodna w pogodmanipulacny nastrój wprawia, gdy po latach odnajdujemy znajome okna, gościnne drzwi. Nie ma tu zabytków, ale są mieszkania gdzie wbrew czasom,w blokowych murach kultywowana jest tradycja oraz miłość w pełnej rodzinie. Takich rodzin: pełnych, kochających się, dobrych, serdecznych prawie już nie ma. Niech nas nie zwiodą garaże, metalowe podwórka, żwirowe ścieżki między blokami, tam jeszcze uchowała się gościnność i dobroć. Szarlotka na ręcznie robionym obrusie, filiżanka herbaty „jabłko z cynamonem”, bujany fotel babci i prawdziwa, wartka rozmowa nie – ileś tam prowadzonych ze sobą równolegle monologów.

Paskudne to czasy dla tych, którzy dotrzymują słowa i wymagają od innych, by słowa dotrzymywali. Dla tych, którzy składają przysięgi i obietnice, a potem ich dotrzymują.

Teraz nie istnieją umowy dżentelmeńskie. Triumfują krzywoprzysięscy konfabulatorzy, manipulatorzy, naciągacze, praktycy bełkotu medialnego. Składający przysięgi małżeńskie nie rozumieją ich treści, wypowiadają je mechanicznie albo ich po prostu nie dotrzymują, bo dla nich to tylko słowa, słowa – takie NIC. Continue reading →

 

32. Z ulicy Słowackiego do Chatynia

PomnikBez zabytków, miniparczków, przystani, romantycznych ławeczek, etalaży z pamiątkami, kolorowych placów zabaw, (wielkomiejskiego) epatowania.

Nie to jest istotne, bowiem ulica Słowackiego nie posiadając tych wszystkich „krzyczących” atrybutów jest ważnym miejscem na  sentymentalnej mapie mojego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Tu mieściła się Szkoła Podstawowa nr 1 znana jako „Jedynka”, do której poszłam tylko dwa razy.

Raz, kiedy nasza VIc z „22” zamieniała się z odpowiednikiem, czyli VIb z „Jedynki” z okazji Pierwszego Dnia Wiosny. Uczniowie z „Jedynki” przyszli na naszą lekcję matematyki, zaś my – na ich lekcję biologii. Przez 45 minut miałam wrażenie, że  jestem „uczennicą równoległą”  – w dwóch miejscach jednocześnie.

Po raz drugi, gdy jako uczniowie klasy VIII i to w wąskim gronie byliśmy na miejskich eliminacjach Olimpiady Historycznej, które odbywały się właśnie w Szkole Podstawowej nr 1 właśnie przy ul. Słowackiego.

To był ten sam czas (tak à propos istnień równoległych), kiedy pewna rodzina z Białorusi usiłowała mnie przekonać, że  mordu katyńskiego nie było. Próbowała też udowodnić, że mi się w głowie pomieszało, skoro mylę Katyń z białoruską wioską Chatyń, gdzie okoliczna ludność została wymordowana przez hitlerowców. Continue reading →

33. Niepotrzebni Poeci

Szuflady 1Kasztelanka czy Kasztelańska? Nazwa nie jest ważna, ważny obraz w nich zatrzymany. W Kasztelance lub Kasztelańskiej od czasu do czasu spotykaliśmy się jako licealiści przy soku pomarańczowym lub czerwonej oranżadzie, choć obecnym licealnym piwoszom może się to wydać po prostu śmieszne. Kilka osób z klasy IIIF zaplątanych w przedziwne, pełne napięcia relacje w zgrzebnym wnętrzu kawiarnianej rotundki między Plantami a ulicą Curie-Skłodowskiej. Ile z tych osób, mądrzących się wówczas przy kawiarnianym stole odnalazło się w dorosłym życiu? Ile z nich pogrzebało ideały już na pierwszym roku studiów, a ile przy pierwszym rozwodzie? Wtedy jeszcze nie istniała piosenka Jacka Kaczmarskiego „Nasz klasa”, nie było Internetu i przynajmniej próbowano tworzyć prawdziwe więzi międzyludzkie.

Do Kasztelanki przychodziliśmy też sporadycznie w innym gronie, jako członkowie nieformalnej grupy poetyckiej, która nawet nie zdążyła dorobić się swojej nazwy. Na jej czele stał niejaki Maurycy, obecnie renomowany adwokat, a wówczas nie mogący się pogodzić ze swoim ziemskim imieniem Mariusz. Pisał wyłącznie do szuflady i na tym jego kariera poetycka się zakończyła .Kiedy  po latach spotkałam go przypadkowo na ulicy nawet mnie nie poznał ( a może udał, że nie poznaje?). O dziwo, koło poetyckie nie było towarzystwem wzajemnej adoracji, w przeciwieństwie do grup wzajemnej adoracji lansujących się na Facebooku, lecz pretekstem do żywych rozmów o literaturze. Współcześni autorzy wierszy lansują się uparcie na FB (choć często autorami  prawdziwej poezji nie są, żyjąc jedynie w takim przekonaniu), nie mają ani wiedzy oraz intuicji literackiej, a tym bardziej nie mają wyczucia granic autopromocji. Continue reading →

 

 

piora013Bedeker białostocki to konsekwencja sentymentalnych wyborów. Przywiązania do miejsc, w których przetrwało jakieś  Piękno i Dobro, choćby przygłuszone lub są one warte wydobycia z meandrów mocno już zakurzonej pamięci Nie opisuję w nim miejsc, w których spotkałam złych, zawistnych ludzi lub przeraźliwie egocentrycznych. Niszczycielskich  i  newage’owsko (!)  zafiksowanych na samorozwoju i nie dostrzegających innych. To nie znaczy, że Białystok „zdekomponowuję”. W każdej opowieści odżywa on na nowo – z perspektywy metropolii, pustyni, okna samolotu, cmentarnej zadumy nas grobem  wiele tysięcy kilometrów stąd.

Choć z Białegostoku wyjechałam, tak naprawdę nigdy go nie opuściłam i wracam do niego, na ile tylko pozwala mi szum intensywnych zdarzeń. Odbiorca o szóstym (detektywistycznym) zmyśle z pewnością zrozumie, dlaczego nie wszystkie miejsca i  nie wszyscy ludzi znajdą się na mojej sentymentalnej, białostockiej mapie. Continue reading →

 

35. Nad książką Niziurskiego

images W samym środku wakacji siedzę na ławce przed moją dawną podstawówką i czytam bestseller uczniowski sprzed dwudziestu kilku lat. Edmunda Niziurskiego „Szkolny lud, Okulla i ja to świetny pretekst do rozmyślań nad współczesną szkołą.

Cóż za plejada barwnych postaci!

Nauczyciele w powieści nazywani są „gogami”. Dyrektor Rumpel „nie zajmuje się pojedynczymi uczniami”, „wykańcza szkołę” – w sensie metaforycznym i dosłownym, zaniedbując sprawy remontowe[1]. Nowy uczeń wtajemniczany jest systematycznie w przywary nauczycieli. Jeden z kolegów  przestrzega  go przed wicedyrektorką, bowiem jest ona „podobna do kobry i równie jadowita”[2], a przemawiając do uczniów używa górnolotnego, niezrozumiałego dla nich słownictwa ( mądre słowa na „izm” i „cja”, zwanych przez uczniów „izmacjami”[3] ). Kiedy zaś denerwuje się „mówi spiesznie, połykając niektóre zgłoski. Jest uparta i nie zmienia raz przyczepionych uczniowi etykietek[4]. Ma silne poczucie misji i  chęć zawracania zagubionych  uczniów ze złej drogi. Uczniowie i nauczyciele boją się jej. Narzuca wybór zastępowego, autorytarnie podejmuje decyzję o przeniesieniu ucznia do innej szkoły, bez dokładnego sprawdzenia, czy jego zachowanie było naganne. Ucisza uczniów nie przebierając w słowach („Znów drą się jak nieszczęście! Czemu się drzecie tak obrzydliwie?[5]). Continue reading →

 

36. Przed pomnikiem księdza Jerzego Popiełuszki

ks. PopiełuszkoPod koniec czerwca tego roku, wraz z grupą  studentów francuskich, którzy przyjechali do Polski w ramach programu Erasmus, wybraliśmy się na grób księdza Jerzego Popiełuszki. Studenci wchodzący w skład tej grupy pochodzą z różnych regionów Francji, od Nordu po Pireneje  i w czasie minionego roku akademickiego intensywnie uczyli się języka polskiego, ponadto zgłębiali tajniki polskiej historii, kultury oraz literatury w ramach naszych zajęć. Dyskusja o wielkich Polakach XX wieku zawiodła nas w różne miejsca, które o dziwo Francuzom  nie są znane. Wybraliśmy się też wspólnie na Żoliborz, do Kościoła Świętego Stanisława Kostki.

Francuzi nie mogli sobie wyobrazić, że pomnik Księdza Męczennika powstał w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się drewniany krzyż. Krzyż ten już wtedy był otoczony różańcem z polnych kamieni, ułożonych w kształcie polskich granic. Nie mogli też sobie nawet wyobrazić, jaka atmosfera panowała podczas Mszy za Ojczyznę, z których pochodzi słynna  maksyma „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

Wspólnie zwiedziliśmy też Muzeum, które za każdym razem odkrywam na nowo, z kolejną grupą moich francuskich studentów. Niektórym z nich trzeba przy tej okazji opowiedzieć  w sposób syntetyczny, ale zarazem PRAWDZIWY historię II wojny światowej, polskiej martyrologii na Kresach, ba, nawet uzmysłowić, czym Kresy są !Trudno im sobie bowiem  wyobrazić, że historia Katynia nie jest historią Chatynia, że biografia Wałęsy nie wygląda tak różowo jak na wikipediowych stronach w języku francuskim. Trudno im sobie wyobrazić. co to znaczy, że mój dziadek był w Ostaszkowie i kim byli Żołnierze Wyklęci! Głód wiedzy w tych młodych ludziach obcych cywilizacyjnie – ogromny, choć wiedza wyniesiona z czasów szkolnych w sposób niedostateczny pozwala im na porównanie wielkich nurtów historii – oficjalnych i prawdziwych. Continue reading →

37. Wasilków: Cmentarz i Dom

AniołDo Wasilkowa przyjeżdżałam kiedyś często w odwiedziny do moich podopiecznych w Domu Samotnej Matki. Stan „bliżej życia”, radość ocalenia.

Spotkanie z Olgą, która nie poddała się aborcji dzięki opiece i perswazji Sióstr. Z Katarzyną, którą mąż na utrzymanie dziecka nie łożył grosza, a szrama na jej policzku straszy do dziś. Z Basią, która musiała uciekać z dziećmi w samym środku nocy.Tyle kobiet, tyle dzieci, tyle nieszczęść…  Opiekując się wówczas samotnymi matkami w najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczałam nawet, że i ja będę samotną matką.

Z Domu Samotnej Matki szłam zazwyczaj na cmentarz, by stanąć twarzą w twarz z  postaciami potężnych aniołów dmących w trąby, podnoszących upadłych grzeszników. Gdy będzie się zbliżał koniec świata, ponoć najpierw usłyszymy jego zapowiedź na wasilkowskim cmentarzu. „Memento mori” – przypomina napis na  cmentarnych murach. Ze śmiercią spotkamy się tylko raz, musimy wziąć ją na siebie sami. Jest ona połączona ze świadomością własnej bezsilności, zaś nagła – pozbawia szansy dobrego zakończenia ziemskich spraw i pożegnania z bliskimi. W modlitwie prosimy, by Bóg uchronił nas od niespodziewanej śmierci, odbiera ona bowiem możliwość wyspowiadania się i przyjęcia sakramentów. Nasz społeczeństwo zbudowane jest  na opiece na starymi, chorymi, potrzebującymi, ubogimi w duchu, wszak ich egzystencja pokazuje, że na różne sposoby można być człowiekiem i okazywać CZŁOWIECZEŃSTWO! Życie ludzkie jest wartością godną najwyższej ochrony, zaś śmierć każdego człowieka jest też uszczerbkiem dla pozostałych ludzi.W różnych oficjalnych dyskusjach poświęconych eutanazji biorą politycy, dziennikarze, członkowie różnych organizacji, ale większość z nich nie czuwała przy umierającym człowieku, nigdy nie była w hospicjum, nigdy nawet nie widziała zwłok. Continue reading →

 

38. Panie z tamtych lat

pola_negri14Moja Babcia tak barwnie opowiadała mi o przedwojennym Białymstoku, że do dzisiaj mam go jeszcze przed oczyma. Opowiadała o  miejscach, gdzie spotykały się panie z towarzystwa (któż dzisiaj używa takiego określenia?).Takim miejscem  były cukiernie: „Ziemiańska” (Rynek Kościuszki 7) i Maszczyńskiej (ul. Żwirki i Wigury 4) oraz kawiarnia w Teatrze  Miejskim. Nie zamierzam  jednak przeprowadzać studiów komparatystycznym nad tym, jakie cukiernie i kawiarnie są w Białymstoku dziś, a jakie były niegdyś.

Na wystawny obiad  panie z towarzystwa zapraszane były do „Ritza” przy Kilińskiego 2 lub do Bristolu przy ulicy Marszałka Piłsudskiego 2, rzadziej zaś do „Palace” przy Piłsudskiego 29 ( podaję adresy, bo może uda się jednak cofnąć czas i Białystok powróci do czasów dawnej świetności). Sfery urzędnicze stołowały się w „Savoy’u” przy ul. Kilińskiego 6/2 na pierwszym piętrze.

Na premierze filmowej panie  bywały w kinie „Świat” przy Rynku Kościuszki 2.W nowinki czytelnicze zaopatrywały się w księgarni Nauczycielskiej przy ul. Kilińskiego 10 (były jeszcze dwie – Kagan przy ul. Sienkiewicza 5 i Kauffmana – przy ul. Sienkiewicza 1).  Rzadziej można je było spotkać w firmie chrześcijańskiej „Tok – artykuły sportowe i przedstawicielstwo samochodów i motocykli” na rogu ulicy Sienkiewicza i Rynku Kościuszki (chyba, że bywały tam z małżonkami). Continue reading →

 

39. Dom św. Marcina i kochane przedszkole

SRzadko zdarza się, by po tylu latach i z tak serdecznym sentymentem niegdysiejsi absolwenci przedszkola wracali doń wspomnieniami. Moje dzieci do dziś  z rozrzewnieniem wspominają czas, gdy chodziły do Przedszkola Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w Domu św. Marcina.

Zdobyły tam wiele umiejętności praktycznych, stworzyły więzi, których nie zatarł upływ czasu. Do dziś w ich wspomnieniach żywe są uroczystości  i chwile codzienne przedszkola, panie wychowawczynie i siostry, które się nimi opiekowały. Choć  z racji moich zainteresowań i działań  pedagogicznych widziałam już wiele, wiele przedszkoli – również elitarnych, o których matki zapisują swoje dzieci w kolejce, nim te przyszły na świat; przedszkoli Paryża, Warszawy i  Czachówka Dolnego czy Górnego, to drugiego takiego przedszkola nie spotkałam! Nazwy poszczególnych grup: Dolina Muminków,  Smerfy, Chatka Puchatka,  Skrzaty, Tajemniczy Ogród, Krasnale to także odrębne, Piękne Światy, nauka estetyki, kolorowe, wręcz bajkowe wnętrze i dobroć po prostu. Wspaniała pani logopeda, która… miała wpływ już wtedy na tęsknoty teatralne moich dzieci. Kochana, jedyne Panie – pani Maria, pani Ula, kochana Siostra Jadwiga, WSPANIAŁE WSZYSTKIE NIE WYMIENIONE TU Z IMIENIA SIOSTRY I WSPANIAŁE WYCHOWAWCZYNIE, których nie sposób zapomnieć! Uroczystości religijne i rodzinne, bajkowy Dzień Dziecka i wzruszające  jasełka, wyprawy i zabawy, serdeczne więzi między dziećmi  i rodzicami dzieci uczęszczających do tej samej grupy. Continue reading →

 

40. Kilka pytań

ludovic_rodo_pissarro_cafe_parisien_d5459080hJak postrzegają Białystok przyjezdni, którzy nie mają z nim żadnych związków emocjonalnych? Czy ulegają stereotypom czy też sami, wedle swoich niezależnych kryteriów tworzą sobie obraz miasta, do którego chcieliby powrócić? Jak postrzegają Białystok ci, którzy z niego wyjechali na stałe i albo przyznają się do swoich korzeni, albo wręcz ich się wstydzą? Wschodniego człowieka szybko da się rozpoznać w metropolii; jest zbyt serdeczny, zbyt gościnny, zbyt ufny, zbyt dobrotliwy czasem. Niektórych  szybko pożera Warszawa albo Bruksela i już wcale białostoccy nie są.

Znam takie białostoczanki, które w końcu lat dziewięćdziesiątych, będąc w ósmym miesiącu ciąży specjalnie jeździły do prywatnej kliniki położniczej w Warszawie, by ich dzieci koniecznie na świat w stolicy przyszły, czyli innymi słowy  nie miały wpisanegoBiałegostoku jako miejsca urodzenia, bo potem z pracą będzie ciężko, na studiach „będą się śmiali”, a dziadek  i tak był spod  miejscowości  na J* albo na M*, to nikt się w nie dowie. Oj, wstydliwe to kobiety były, wstydliwe. Teraz już nie… Zupełnie się nie wstydzą tak idiotycznych pomysłów. Continue reading →

 

41. Strych na Bojarach

wejscie+na+strychPamiętam strych pewnego domu na Bojarach. Domu, któremu pozostało wtedy jeszcze kilka tygodni życia przed rozbiórką. Kiedy wchodziłam tam po raz ostatni, schody trzeszczały niemiłosiernie. To była skarga osamotnionego, pozostawionego samemu sobie domu. Nie miał już drzwi i całe wytworne okoliczne towarzystwo szukało tam skarbu, pozostawiając po sobie skrawki koszul i potłuczone butelki. Samotny dom umiera jak samotny człowiek. Dopiero gdy jest po wszystkim, sąsiedzi podkreślają, że pukali do drzwi, że interesowali się losem, że byli zdziwieni, że od kilku tygodni nie daje znaku życia. Wybite okna, sforsowane okiennice. Sam już nie pamięta czasów własnej świetności. Jest nieszczęśliwą niepotrzebnością.

Po schodach przypominających raczej drabinę wspinam się na strych. Tam, przed wielu laty bawiły się godzinami trzy dziewczynki. Jedna mieszka teraz na stałe na południu Francji i do pochodzenia białostockiego się nie przyznaje, bo to przeszkadzałoby jej w interesach. Druga mieszka na północy Francji i jest znaną skrzypaczką, nawet po latach wzdychającą do niespełnionej miłości w osobie pewnego organisty, który godzinami potrafił grać fugę Bacha. Dla innej. Trzecia muska właśnie klawiaturę laptopa z widokiem na paryski bulwar nad Sekwaną i już jutro wraca do Polski.Na lotnisku Roissy włoży tylko jeszcze w siedmiomilowe buty, by wyprzedzić pociąg relacji Warszawa-Białystok… i dzieciństwo wydarzy się przez chwilę jeszcze raz! Continue reading 

 

42. Bez wieży

wieżaKościół świętego Wojciecha był ulubionym kościołem mojego dzieciństwa. Nad ołtarzem czuwał Chrystus w błękitach i wydawało mi się, że w tle widać podczas Mszy Świętej kawałek prawdziwego, gwiaździstego nieba. Nieba wewnątrz kościoła, który daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że zły świat jest bardzo daleko, że dziecku nic stać się nie może i że kościół świętego Wojciecha będzie tu trwał na zawsze. W NIEZMIENNEJ postaci.

Dorosłość to rozczarowanie i stracone złudzenia. Fizyczne odczuwanie przemijania i nieuchronności.

Kiedy wracam pamięcią do wystroju wnętrza kościoła świętego Wojciecha, czuję się silniejsza duchem i wzruszona zarazem. Pamiętam, jak z Mamą odwiedzałyśmy księdza profesora Stanisława Piotrowskiego  w pobliskim Seminarium. Przywołuję po wielokroć przez minione lata, Jego niezwykłą przenikliwość i Jego przesłania. Gdy byłam dzieckiem, mówił do mnie zawsze „Martuchno”. Tak też zwracał się do mnie jako do osoby dorosłej. Troszczył się i przestrzegał, przewidując zasięg i przejawy zła. Ksiądz Profesor był jednym z najwspanialszych ludzi, jaki w życiu poznałam.Udzielał mi mądrych, przenikliwych rad. Darzyłam go szczególną atencją i nigdy Go nie zapomnę. Continue reading →

 

43. Róża i kolce

MC zdjecie róza 2Dnia 2 września, nieomal dwa miesiące temu szłam ulicą Malczewskiego w Warszawie. Dokładnie w rocznicę śmierci księżniczki i sanitariuszki Róży Marii Sapieżanki, szczególnie ważnej dla mnie postaci. Poległa w 1944 roku, dokładnie sześćdziesiąt dziewięć lat wcześniej.

Piękna bohaterka przyszła na świat w dniu 19 stycznia 1921 w  miejscowości Bobrek koło Oświęcimia. Jej matką była Teresa z Sobańskich, zaś ojcem  – Adam Zygmunt Sapieha, jeden z pierwszych austro-węgierskich lotników podczas I wojny światowej, a od 1924 roku oficer rezerwy 2 Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich

Mam nieustanny głód autorytetów, a za staram się zaspakajać wczytywaniem się w dzieje Wielkich Nieobecnych, wśród nich znajduje się Maria Róża  Sapieżanka  sanitariuszką oddziału „Bakcyl” (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej). Jej zwierzchnikiem był zaś Henryk Lenk (1894- 1969) – dr medycyny major – podpułkownik, który w  1918 r. jako ochotnik wstąpił do 21. Pułku Piechoty Wojska Polskiego.

Do oddziału należeli też inni  znani sanitariusze –  urodzony w  Równem w 1930 roku, a zmarły przed kilkoma miesiącami prof. dr hab. Zbigniew Słomko, późniejszy kierownik Katedry Perinatologii i Ginekologii oraz Kliniki Perinatologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego Continue reading →

 

44. DNI LISTOPADOWE

cemeteryGrobowce epitafia, piramidy, mastaby, kolumbaria, krematoria i cmentarze stanowią częsty motyw literacki i filmowy, ale to naukowa pasja tanatologiczna oraz fascynacja bohaterskimi postawami Polaków podczas II wojny światowej zawiodły mnie po raz kolejny na południe Włoch.

Uhonorowani w Casamassima żołnierze 2 Korpusu Polskiego ponieśli śmierć w wyniku walk nad rzeką Sangro, zmarli w szpitalach w Bari oraz Neapolu na skutek ran odniesionych podczas wcześniejszych walk. Zostali na zawsze w tutejszej nekropolii okolonej obfitymi winnicami, zdominowanej przez śródziemnomorską roślinność. Wejścia strzegą tu kamienne polskie Orły, a nad bramą wejściową widnieją słowa św. Pawła Apostoła: „W dobrych zawodach uczestniczyłem, wiary ustrzegłem…”. Tu właśnie zabraliśmy się znów A.D. 2013,  w dniu 2 listopada na polsko-włoskiej Mszy Continue reading →

 

 45. Ulica Grottgera

c3_manekin_xxi_wiekuBiałystok to zdumiewające miasto. Nawet jeżeli wyjechałam na zawsze, a lawina zdarzeń przynajmniej  kilka razy uczyniła z mojego życia kolejne Pompeje i Herkulanum, to każde miejsce istnieje w mojej pamięci podwójnie – takie, jak przed laty i na nowo odkrywane  TERAZ.

Na podwórku przy ulicy Grottgera bawiły się moje dzieci. Dwie radosne buzie pochylone nad babkami z piasku nieświadome, że za chwilę  pod piaskownicą rozstąpi się ziemia i pochłonie ich dzieciństwo  pozostawiając po sobie rozgrzany popiół.

Tamtędy nam było po drodze do cudownych krain, które nasza trójeczka- córeczka, synek i ja opowiadaliśmy sobie wzajemnie  (spacery tematyczne z dziećmi to niesamowite przeżycie dla matki, otwierające doświadczenie dla pedagoga i dowód, że w przebywaniu z własnymi latoroślami, poświęcaniu im czasu, wspólnemu tworzeniu światów można odnajdywać niesamowitą radość: poprzez spacery w głąb Gwiezdnych Wojen czy opowieść o Robin Hoodzie czy Rycerzach Okrągłego Stołu na terenie Zwierzyńca). Wtedy też przynajmniej dwa razy w tygodniu odwiedzaliśmy bibliotekę muzyczną przy ul. Grottgera i zanurzaliśmy się w gąszcz winylowych płyt z zapomnianymi bajkami i kaset z przebojami jednego popołudnia. Continue reading →

 

46. Opera pod lianami

DżunglaDożyłam czasów głuchych i ślepych na Piękno. Wiele miejsc białostockich otaczam do dziś wspomnieniami muzycznymi. I właśnie przez pryzmat muzycznych wspomnień powracam kartograficzną wręcz  pamięcią do Białegostoku końca lat osiemdziesiątych. Wtedy  jeszcze z niezmąconą radością potrafiłam słuchać  sonat da Camera na skrzypce i basso continuo, koncertów na smyczki i obój  Tomaso Albinioniego. Za chwilę miała przyjść fascynacja utworami Georga Philippa Telemanna  oraz Arcangelo Corelliego. Salę koncertową można mieć na co dzień w duszy, nie są potrzebne do tego szumne wnętrza.

Muzyka tych kompozytorów do dzisiaj przenika mnie silnie i towarzyszy większości moich książek czy drobnych tekstów. Pozwala mi wierzyć, że „muzykosłowo” ma jeszcze jakiś sens, gdy „samosłowo” stało się samobrudzącą szmatką do wycierania kurzu, bo autorzy wierszy i próz różnorakich, blogerzy i wirtualni wszechwiedzący zatapiają jego elitarność i szlachetność. Muzyka barokowa może być tajemnym przejściem do emigracji wewnętrznej. Nie mam ochoty czytać miałkich blogów i wierszy udających poezję. Nie mam ochoty słuchać oszukańczych obietnic bez pokrycia i krzywoprzysięskich deklaracji. Continue reading →

 

Spotkanie autorskie z Martą Cywińską – relacja wideo

2 odpowiedzi na „„Bedeker białostocki”

  1. Irena Puchalska mówi:

    przeczytałam, bardzo się cieszę, bo to przypomniało mi również moje dzieciństwo.Wychowałam się na ul.Manifestu Lipcowego, w 1968r zamieszkałam w innej dzielnicy Białegostoku i nie pamiętam kiedy zostało zlikwidowane Wesołe Miasteczko

  2. ALI BABA mówi:

    Bardzo ciekawe, warto to przeczytać, dziękuję. Tylko nic nie ma o starej szkole podstawowej nr 18 przy ówczesnej ul Manifestu Lipcowego, gdzie teraz jest ulica i było tam kiedyś /!/ kino Syrena. To tam z mamą widziałem „Zakazane piosenki”..!! I nic nie ma o 3 stawach /przy bocznej od ul Hetmańskiej/ gdzie w pobliżu mieszkał mój kolega St.Rydzewski PS RODAK z B. z ulicy Prowiantowej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*