Bazar, którego nie ma…


Bazar przy ulicy Jurowieckiej? Naturalnie, pamiętam.

W tym miejscu jest teraz wielka wyrwa.

Beznazwy-1

 Godzinami można było przyglądać się straganom, stoiskom, etalażom, posłuchać najróżniejszych odmian wschodniego zaśpiewu, podyskutować za sprzedawcami na tematy minione i bieżące, lekkie i poważne, posłuchać zwierzeń oraz opowieści  o dawnym Białymstoku, dać się ponieść euforii okrzyków „Paaaapierosy – spirytus! Paaapierosy  spirytus!” Można  było pochandryczyć się o cenę, tych klika sztuk bielizny w cenie jednej, ech, a może to jakaś iluzja?

 Sporo jest realistycznych zapisków o dawnym   Białymstoku, tony opracowań historycznych i całe fabryczne hale można by zapełnić tematycznymi wycinkami z gazet.

 Bazaru przy Jurowieckiej już nie ma. Niektórzy wyrzucili  go szybko z pamięci i zapomnieli, ze tam mieli swój dom mody : na jednym starganie  prawie  markowe swetry, a na innym prawie markowe jeansy, na innym  prawie markowe buty.

 Wszak to na tym bazarze uczyłam moje dzieci robienia pierwszych zakupów, zaznajamiając je od maleńkości z istotą kupowania i sprzedawania, rozmieniania pieniędzy i  wybierania,  tego co potrzebne.

 Tylko bazar na Jurowieckiej miał swoją AUTENTYCZNĄ markę i znany był powszechnie jako atrakcja turystyczna również dla przyjeżdżających do Białegostoku cudzoziemców, którzy przemierzali czasem tysiące kilometrów słysząc o słynnym bazarze ( dopiero później: kierunek Białowieża i okolice) .

 Wchodzili na bazar z maleńkim, podręcznym plecaczkiem, a wychodzili objuczeni kilkoma kompletami matrioszek, szlafroków dziecięcych, malowanej w polne kwiaty porcelany, buteleczek z żółtawą zawartością, zwojami świecidełkowych naszyjników, chust z frędzlami w cygańskie kwiaty. A do tego, tuż przy wyjściu, obowiązkowo – atrakcja! – coś, co określali  mianem „la polska zapiekanka”, aż przy pierwszym kęsie  keczup z majonezem spływały po rękach, plasterki ogórka staczały się pod nogi, a pokruszona prażona cebulka wpadała w zakamarki niedomkniętych toreb z zakupami.

 To na bazarze przy Jurowieckiej poznałam wielu ciekawych  rozmówców, którzy – z różnym skutkiem –  uczyli mnie podstaw ich ojczystego języka – Ormian… Algierczyków… Rumuńskich Cyganów. To na bazarze na Jurowieckiej pobierałam lekcje celebracji zaparzania egzotycznych herbat, uczyłam się odszyfrowywania różnego dziwnego oznakowania rozmiarów ubrań czy informacji na tubkach kosmetyków o nieznanym bliżej zastosowaniu. Tu poznałam kilku  zarabiających  handlem poetów i  domowych pieśniarzy, tu  pobierałam żywe lekcje historii spod Hajnówki i Michałowa, datowane na późne lata czterdzieste, relacjonowane przez  autorów przemyśleń najdziwniejszych.

 Czasem słyszałam tą samą historię opowiedzianą po tak niezwykłym przemiale ideologicznym, że czerwone stawało białe, a o tak wybielonej bieli historycznej nikt chyba jeszcze nie słyszał.

 Każdy z białostockich bazarów – ten przy ulicy Kawaleryjskiej i nieopodal dworca kolejowego – miał swój niepowtarzalny klimat, ale za tym przy Jurowieckiej tęsknię najbardziej.

 Nie ma bazaru przy Jurowieckiej i nie zastąpi mi go żaden arabski souk, na którym właśnie kupiłam zwiewną, kwiecistą chustę…

Marta Cywińska

 

Tagi , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Bazar, którego nie ma…

  1. Radek mówi:

    Taki bazar zniszczyć. Od dzieciństwa pamiętam 🙁
    Po prostu brak słów. Jedyna słuszna POlityka to taka aby ludziom dopie…!
    Wszystko co dobre dla ludzi jest niszczone.
    Płakać się normalnie chce jak patrze na to wszystko! :((((
    Czy to jeszcze Polska?